Wszystko dzieje się najpierw w mojej wyobraźni – wywiad z Arnaldurem Indridasonem

Z islandzkim pisarzem, Arnaldurem Indridasonem, gościem tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu, rozmawia Olga Szelc. Olga Szelc: Z...

766

Z islandzkim pisarzem, Arnaldurem Indridasonem, gościem tegorocznego Międzynarodowego Festiwalu Kryminału we Wrocławiu, rozmawia Olga Szelc.

Olga Szelc: Z wykształcenia jest Pan historykiem, przez wiele lat wykonywał Pan również zawód dziennikarza. Jak wiele doświadczeń z wykształcenia i praktyki zawodowej znalazło się później w Pana powieściach?

Arnaldur Indridason: Bardzo trudno wyobrazić sobie lepsze od dziennikarstwa przygotowanie dla pisarza. Jako dziennikarz poznałem przede wszystkim odpowiednie metody pracy. Wiadomo, że dziennikarz zawsze walczy z terminami (śmiech). Jego obowiązkiem jest też tak ubrać myśli w słowa, aby były szybko i łatwo zrozumiałe dla czytelnika. A więc dziennikarstwo uczy opowiadania historii, a historia z kolei uczy ciekawości.

W którym momencie zapragnął Pan zmienić zawód dziennikarza na zawód pisarza?

Miałem 34 lata i wpadł mi do głowy pomysł na książkę. Nie zastanawiałem się wówczas nad tym, czy będę pisarzem i czy będę pisał książki. Miałem po prostu pomysł na opowieść kryminalną i chciałem go zrealizować. Wówczas nikt jeszcze na Islandii nie pisał kryminałów. Wybranie tego gatunku wiązało się z pewnym ryzykiem, ale ponieważ pomysł uznałem za dobry i nadal go za dobry uważam, napisałem „Synów pyłu”. Pisząc tę powieść, odkryłem, że ten właśnie gatunek, kryminał, bardzo mi odpowiada jako pisarzowi. Trzeba zastanowić się nad rozwiązaniem zagadki i powoli odkrywać kolejne fakty.

Ostatnio obserwuje się trend, że pisarze chętnie umieszczają akcję powieści kryminalnych na prowincji, w miasteczkach lub wsiach. Tam właśnie, wśród lokalnej społeczności, na jaw wychodzą mroczne tajemnice, tym bardziej przerażające, że ludzie się dobrze znają, znają także grzechy i grzeszki swoich sąsiadów. Pan upodobał sobie Reykjavík jako miejsce akcji. Co takiego jest w mieście, uważanym przez turystów za bezpieczne i przyjazne, że to tam właśnie rozgrywa się fabuła Pańskiej serii o komisarzu Sveinssonie?

To jest po prostu miejsce, które doskonale znam, miasto, w którym się urodziłem. O takim miejscu najlepiej się pisze. Nie umiem pisać o czymś, czego nie znam.

To bardzo dziennikarskie podejście.

Tak, to prawda. Moim zdaniem pierwsza zasada pisania jest taka, że człowiek powinien pisać o tym, co zna, a ja niczego nie znam lepiej niż Reykjavíku. Jego historia odgrywa w moim życiu bardzo ważną rolę – ważny jest też rozwój miasta, jego ekspansja, to, jacy ludzie je zamieszkiwali i zamieszkują. To wszystko można znaleźć także w moich książkach. Można powiedzieć, że Reykjavík jest po prostu jednym z głównych bohaterów.

W Polsce mamy dość wyidealizowany obraz Reykjavíku i samej Islandii. Kojarzą się nam przede wszystkim z bezpieczeństwem, dobrobytem…

Islandia oczywiście nie jest taka, jaką sobie zwykle wyobrażamy. Nie upiększam jej, piszę o tym, co widzę. Na szczęście nie mamy wielu morderstw na Islandii, ale w moich książkach – choć są to opowieści kryminalne – nie zawsze zbrodnia jest najważniejsza. Bardziej skupiam się na postaciach, które te historie tworzą.

We wszystkich książkach cyklu o komisarzu Sveinssonie można zauważyć pogłębiony portret psychologiczny postaci, zarówno policjantów, ich bliskich, przestępców, świadków. Jest w tych opowieściach przemoc, są morderstwa, ale najgorsze, najbardziej zagadkowe rzeczy dzieją się w człowieku, w głowie centralnej postaci i w psychice innych bohaterów opowieści. Jak Pan przygotowuje się do konstruowania tych postaci? Czy rozmawia Pan z policjantami? Studiuje indywidualne przypadki?

Nie, nie rozmawiam ani z policjantami, ani z przestępcami. To bierze się z mojej wyobraźni. To jest właśnie siła twórczości, moc kreacji. Ale, oczywiście, człowiek ulega wpływom z różnych stron. To zawsze się jakoś w opowieściach splata.

W książce „Czarne powietrza”, która w kwietniu została wydana w Polsce, na pierwszy plan wysuwa się postać współpracownika komisarza Erlendura Sveinssona, śledczego Sigurdura Olego. To moja interpretacja, ale sądzę, że on nie tylko rozwiązuje kryminalną zagadkę, ale odbiera ważną lekcję. Uczy się współczucia. Miałam wrażenie, że chce Pan czytelnikom dać coś więcej niż tylko znakomity kryminał. To także powieść społeczna, swoisty moralitet. Co Pan sądzi o tej interpretacji?

To prawda, zgadzam się z tym podejściem. To jest powieść kryminalna, oczywiście, ale jest w niej coś głębszego, ważniejszego. Takie było moje założenie. Poza tym, warto w tym miejscu zauważyć, że powieść kryminalna bywa często pogardzana. To nieporozumienie. Kryminały mogą traktować o tym samym, o czym traktuje tak zwana literatura piękna i robić to bardzo dobrze.

We Wrocławiu podczas Gali Międzynarodowego Festiwalu Kryminału odebrał Pan Honorową Nagrodę Wielkiego Kalibru. Przede wszystkim gratuluję i cieszę się, że to w naszym mieście został Pan nagrodzony. Miał Pan okazję nieco pozwiedzać? Co się Panu w naszym mieście najbardziej spodobało?

Podoba mi się Wrocław w całości. Macie przepiękną starówkę. I pogoda bardzo mi odpowiada, bardzo dobrze na mnie wpływa. Pochodzę z zimnego kraju, więc świetnie jest przyjechać do słońca i ciepła.

Dziękuję za rozmowę!

Dziękuję Jackowi Godkowi za piękne i sprawne tłumaczenie z polskiego na islandzki i odwrotnie.
Olga Szelc

Opublikowany w: