Islandzkie wybory w amerykańskim stylu…

2622

Wybory w Islandii zawsze wprowadzają pewien element bezmyślności. Reklamy w kampanii bywają żenujące; „debaty” są powtarzalne i rzadko zawierają celne riposty; po całym mieście są rozlepiane gigantyczne plakaty z takim samym uśmiechem na twarzy każdego kandydata. Jeśli mamy szczęście, może się pojawić całkiem nowa partia, która jednak jest praktycznie nie do odróżnienia od innych, a w wyborach raczej nie uzyskuje mandatu. To wszystko się zmieniło, gdy w 2009 roku upadł islandzki rząd. Od tamtej pory staliśmy się świadkami starej prawdy o Islandii – „kraju małych królów” – dość bolesnej, szczególnie w tym cyklu wyborczym. Powstało wiele małych partii, co samo w sobie nie jest wcale złe, ale zwiększono również nacisk na konkretne osoby, a nie na to, co dana osoba lub partia sobą reprezentuje.

Od demokracji bezpośredniej do gwiazdorstwa
Ten nowy etap został wyznaczony przez upadek rządu w 2009 roku. Na kilka miesięcy przed wyborami poznaliśmy nową partię, która zdobyła miejsca w parlamencie – Ruch Obywatelski (Borgarahreyfingin) zdobył cztery miejsca w parlamencie. Zazwyczaj nowe partie są albo całkowicie wykluczone, albo wymaga to długiego czasu, aby weszły do gry. Kryzys demokracji w 2009 roku zmienił to wszystko. Ruch Obywatelski opowiadał się za zasadami demokracji bezpośredniej i miał w swoich szeregach znaną aktywistkę i poetkę, Birgittę Jónsdóttir. Ich wybór potwierdził, że może funkcjonować demokracja bezpośrednia, a zwykli ludzie samą siłą woli mogą mieć bezpośredni wpływ na władzę i kraj.

Birgitta Jónsdóttir

Znalazło to odzwierciedlenie w dążeniu do napisania nowej konstytucji. Ustanowione zasady uniemożliwiły kandydowanie w wyborach do Rady Konstytucyjnej każdemu, kto obecnie lub wcześniej sprawował urząd, ale oznaczało to, że Islandczykom znanym opinii publicznej z innych powodów, udało się zaistnieć w polityce. Wielu członków rady to pisarze, blogersi, dziennikarze i naukowcy, których twarze i nazwiska są dobrze znane Islandczykom.

Wybory parlamentarne w 2017 podważyły sens demokracji. Dyskusja o problemach została zagłuszona przez pogawędki sławnych ludzi.
W tym momencie wydawało się, że Islandczycy nie interesują się polityką partyjną, a bardziej zwracają uwagę na sławy, całkowicie odchodząc od demokracji bezpośredniej. Tendencję tę ugruntowało powstanie Najlepszej Partii – Jóna Gnarra.

Po prostu najlepsza
Powszechnie się uważa, że utworzona w 2009 roku Najlepsza Partia odniosła tak duży sukces w wyborach w Reykjavíku w 2010 roku, ponieważ reprezentowała zmianę dotychczasowego scenariusza. Ignoruje się fakt, że były też inne małe, nowo powstałe partie, które oferowały coś nowego; po prostu nie miały one poparcia sławnego Jóna Gnarra, który prosił też o pomoc inne gwiazdy, takie jak muzycy Einar Örn Benediktsson i Óttarr Proppé. Partia, która faktycznie nie miała nic do zaoferowania, zdobyła wystarczającą liczbę miejsc, aby mieć większość w Ratuszu.

Wynik? Nie taki straszny. Koalicja zakończyła się dość szybko; nie ma czego świętować, ale też nie ma na co narzekać. Koalicję Najlepszej Partii i Sojuszu można porównać do rodziny – Sojusz był jak rodzice, płacił rachunki i sprzątał w domu, co nie jest szczególnie zabawne, natomiast Najlepsza Partia była jak dobry wujek, który pozwala jeść lody na obiad, oglądać filmy dla dorosłych i późno chodzić spać, ale trudne sprawy zostawia mamie i tacie.

Óttarr Proppé / fot. mbl.is

Kryzys za kryzysem
Podczas gdy Najlepsza Partia się rozwiązała, jej siostra – Jasna Przyszłość, kierowana przez wspomnianego już Óttarra – zdobyła sześć mandatów w wyborach w 2013 roku. Jednak efekt ruchu celebrytów, mimo że pozbawiony platformy, żył nadal.
Partia, która faktycznie nie miała nic do zaoferowania, zdobyła wystarczającą liczbę miejsc, aby mieć większość w Ratuszu.

Sigmundur Davíð Gunnlaugsson, znany wówczas większości Islandczyków jako były dziennikarz publicznego nadawcy RÚV, jeszcze bardziej ugruntował swoją tożsamość przez zaangażowanie w ruch InDefense, który stanowczo sprzeciwił się wszelkim publicznym dofinansowaniom Icesave. Sigmundur szybko awansował w szeregach Partii Postępu, stając się jej przewodniczącym. W następstwie wyborów w 2013 roku został premierem.

Sigmundur Davíð Gunnlaugsson / fot. Iceland News Polska

Teraz to już historia, ponieważ Sigmundur przestał być premierem w kwietniu 2016 roku w wyniku afery Panama Papers. Wybory, które odbyły się w październiku tamtego roku, przyniosły kolejne nowe partie: Partię Odrodzenie pod przewodnictwem Benedikta Jóhannessona, znanego biznesmena i wydawcy. W ciągu kilku miesięcy partia ta, startując od zera, zajęła siedem miejsc w parlamencie.

W świetle pogoni za celebrytami nie dziwi więc, że Partia Niepodległości wykorzystała zarówno Jasną Przyszłość, jak i Partię Odrodzenie do wzmocnienia koalicji rządzącej. Koalicja ta trwała jednak ledwie rok, a gdy kryzys już minął, wypłynęła afera „przywróconego honoru” skazanemu pedofilowi, co doprowadziło do wycofania się Jasnej Przyszłości z koalicji, a następnie upadku rządu.

Benedikt Jóhannesson / fot. DV.is

Cyrk na kółkach
Przejdźmy do teraźniejszości. Wybory parlamentarne w 2017 podważyły sens demokracji. Dyskusja o problemach została zagłuszona przez pogawędki sławnych ludzi. Nie widzimy tego, ale dwie nowe partie znajdują się w sondażach wystarczająco wysoko, aby wejść do parlamentu: Partia Ludowa, populiści o nieokreślonych poglądach, które można kształtować jak miękką glinę. Na ich czele stoi Inga Sæland.

Inga Sæland

Druga partia to Centrum – kiepska kopia Partii Postępu, którą stworzył Sigmundur Davíð, i zdaje się, że jedynym celem jej istnienia jest ponowne wejście do gry. Na czele Partii Postępu stoi atrakcyjny Biggi the Cop, policjant, który stał się sławny na Facebooku dzięki zadziornym, wesołym filmom wideo. Jón Gnarr ogłosił, że łączy siły z Sojuszem (chociaż nie był przekonany, czy należy to zrobić ponownie). Świetlana Przyszłość i Partia Odrodzenie również są w grze, bez względu na to, jak słabo wypadają w sondażach. Nawet anonimowe dyskredytujące kampanie i ataki w mediach zwiększają ich popularność.

Bez względu na intencje i cele, wyniki tegorocznych wyborów parlamentarnych zależą nie tyle od programów i ideałów partii, ile od prezencji i charyzmy nowych przywódców – nawet jeśli nie mają wyraźnie skrystalizowanych poglądów. Dlaczego tak jest?
O ile nie zechcemy odłożyć na bok celebrytów i nowych partii niewiadomego pochodzenia i zagłosować zgodnie z sumieniem, ten amerykański cyrk będzie trwał nadal.

Dokąd nas to prowadzi?
Jest tak, bo Islandczycy uważają, że nie mają wyboru. Nowe partie i znajome twarze są godne zaufania, nawet jeśli nie mają nic do zaoferowania, ponieważ nie są to „Cztery Partie”, jak Islandczycy często nazywają Partię Niepodległości, Partię Postępu, Sojusz i Ruch Zieloni-Lewica (już fakt, że nazywane są „Czterema Partiami” świadczy o tym, jak są traktowane). Jeśli wykorzystasz odpowiednią osobę publiczną, nowa partia stanie się jeszcze bardziej atrakcyjna.

Nie oznacza to, że nowe partie i firmujący je celebryci to zło samo w sobie. Wszystko jest w porządku, dopóki proponują rzeczywiste zmiany w postaci konkretnych punktów programu. Ale tak się nie dzieje. Odsunięcie na bok Walki Ego i skierowanie uwagi elektoratu na rozwiązywanie rzeczywistych problemów powoduje, że kandydaci na posłów powinni być wystarczająco mądrzy, aby zrozumieć bieżące problemy i zaproponować ich rozwiązania. Wymaga to odpowiedzialności zarówno głosujących, jak i mediów, które powinny wymagać od kandydatów odpowiedzialności i żądać konkretnych opinii w sprawach najważniejszych dla Islandczyków. Wyborcy powinni wywierać nacisk na posłów, aby wprowadzali systematyczne zmiany w strukturach politycznych.

Niestety to myślenie życzeniowe. Idealista o wyrazistych poglądach zawsze będzie miał trudniej niż celebryta bez żadnych poglądów. Jednak dopóki będziemy gotowi odłożyć na bok cyrk i celebrę i głosować na poglądy i programy, wszystko będzie w porządku.

Grupa GMT/Teresa Trzcionka i Monika Szewczuk/ Grapevine

Opublikowany w: