Vor, czyli Wiosna dla polskich artystów na Islandii

409

W słoneczne, ale zimne, popołudnie w stolicy Fiordów Wschodnich w Egilsstaðir, w domu kultury Menningarmiðstöð Fljótsdalshéraðs odbył się wernisaż wystawy VOR_01. To kolejne wydarzenie w ramach festiwalu Vor/Wiosna, który rozpoczął się 11 sierpnia i potrwa do końca miesiąca. W rozmowach z artystami zaangażowanymi w wydarzenie zastanawiamy się, czy i dlaczego takie imprezy są ważne, co możemy w nich dla siebie odnaleźć i jaka powinna być ich przyszłość.

Zarówno wystawa jak i cykl wydarzeń (m.in. warsztaty jogi, koncerty, warsztaty lalkarskie i malarskie) mają na celu przybliżenie twórczości artystów z Polski, którzy postanowili Islandię uczynić swoją „nową ojczyzną”. Agnieszka Sosnowska, urodzona w Polsce, wychowana w Stanach Zjednoczonych i od 15 lat mieszkająca w Islandii, w opisie swojej pracy pisała, że: „emigracja to jedno z najtrudniejszych doświadczeń przejścia dla człowieka” i jest to wyzwanie, które nie przychodzi łatwo, ale warto je podjąć. „Wiele razy chciałam się poddać i wrócić do Stanów. Ale teraz nie żałuję. W Islandii mam życie o jakości, jakiej sobie nie wyobrażałam. Jest moje” – dodaje Sosnowska.

Agnieszka Sosnowska i Magdalena Łukasiak

Spojrzenie artysty-imigranta jest spojrzeniem głębokim, różnym, bo jest spojrzeniem z perspektywy kogoś, kto musi na nowo zbudować swoją tożsamość. Jak pisali organizatorzy w zapowiedzi: „To jednocześnie spojrzenie kogoś z dystansem, kogoś kto musi napisać swoją historie zaczynają z innej pozycji społecznej, mówiącego innymi językami, uczącego się rozumieć nowe społeczeństwo a to społeczeństwo uczy rozumieć się ich”.

Pojawienie się na wystawie prezentującej tak różnie rozumianą twórczość transgraniczną powinno być ciekawym doświadczeniem zarówno dla artystów jak i pracujących w innych branżach imigrantów czy samych Islandczyków. Z satysfakcją obserwowałam więc fakt, że nie zabrakło nikogo z tych grup.

Wiola Ujazdowska

Frekwencja jak na okręg wschodni dopisała – mówi Wiola Ujazdowska, kuratorka – Trzeba pamiętać, że na otwarcia wystaw zwłaszcza wystaw nie Islandczyków przychodzi niewiele osób. Jednak nie powinno to zniechęcać nikogo do działania. Dotarło do mnie dużo pozytywnych komentarzy. Znajomi, którzy nie mogli przyjechać gratulowali, a z kolei osoby, które uczestniczyły twierdziły, że takie eventy są jak najbardziej potrzebne zwłaszcza, że przestrzeni wystawienniczych zainteresowanych sztuką mniejszości, czy to etnicznych, narodowych czy innych, jest w Islandii niewiele – dodała.

Bardzo cieszę się, że to wydarzyło się właśnie w tym miejscu i w tym czasie – mówiła Magdalena Łukasiak, której dokument „Hidden People”, o wierzeniach, mitologii i folklorze islandzkim, znalazł domknięcie właśnie w Egilsstaðir – Przez 6 lat pracy nad projektem poznawałam bohaterów mieszkających w różnych, często odległych częściach wyspy, a w takich czasem ciężko o dostęp do wydarzeń kulturalnych. Dlatego to, że wystawa odbyła się na Fiordach Wschodnich, a nie w centrum Reykjaviku, było dla mnie dodatkowym atutem.

Choć „Wiosna/Vor”, to wydarzenie kameralne, przygotowanie wystawy pod kątem estetycznym, dawało słuszne poczucie, że jest to wydarzenie o konkretnej renomie.

To, że wydarzenie odbywa się w małym miasteczku nie znaczy, że jego poziom czy ranga mają być niższe i myślę, że organizacja „Vor/Wiosny” to pokazała – dodaje Łukasiak – Także w samej kwestii doboru artystów i dzieł, praca Wioli Ujazdowskiej jako kuratorki jest nieoceniona.

Bardzo pozytywnie odebrałem organizację tego wydarzenia i profesjonalizm instytucji Slaturhusid – opowiadał Lucas Bury – Wydarzenie samo w sobie było pierwszą edycją festiwalu i trzymam kciuki za jego dalszy rozwój oraz to, że artyści z Polski będą mieli dalszą możliwość prezentowania swoich prac na Islandii – dodał.

Planujemy organizować to w formie biennale (co dwa lata), z pewnością w zmienionej formule – mówi Wiola Ujazdowska – Tegoroczna wersja była sprawdzianem, co przyciąga lokalną społeczność, a co nie. Kolejne edycje chcemy przygotować też z bardziej sprecyzowanym programem kuratorskim, nie zaś w formule showcase, jak miało to miejsce teraz – dodaje.

Obok wystawy sztuki wizualnej, na wernisażu VOR_01 pojawił się akcent muzyczny. Na klimatycznej scenie wystąpili Kruk – na gitarze akustycznej i wokalu – oraz Forrest Forrester z improwizacjami muzycznymi na wiolonczelę i elektronikę. W jej utworach mogliśmy usłyszeć m.in. wariację na temat „Jógi” Bjork. Był to swego rodzaju hołd dla artystki, której koncerty miały się odbyć w tym miesiącu, ale które – z powodu pandemii koronawirusa – organizatorzy zmuszeni byli przenieść na początek przyszłego roku. – Myślę, że takie inicjatywy są niezwykle ważne. Sztuka łamie bariery i stereotypy oraz zbliża do siebie ludzi. Jestem za tym żeby podobne wydarzenia odbywały się cyklicznie, ponieważ mogą pomóc wyjść poza schemat “imigrant, pracownik zarobkowy” i dać podłoże do twórczej współpracy międzynarodowej – mówiła później Forrest Forrester – Sama bardzo chętnie biorę udział w takich projektach. Jest to świetna okazja żeby poznać nowych inspirujących ludzi – dodała.

Takie wydarzenia są faktycznie, przy wszystkich innych założeniach, także okazją do spotkań artystów, na co dzień porozrzucanych po tej wulkanicznej wyspie. – Jestem zadowolony z możliwości poznania innych twórców na Islandii co pewnie zaowocuje wspólnymi projektami w przyszłości – dodaje Bury – Najważniejsza była prezencja twórców z Polski, promocja kultury i możliwość przybliżenia, w naszej ojczyźnie z wyboru, jej kontekstu kulturowego oraz politycznego, ponieważ znowu jesteśmy w tej sytuacji gdzie świat powinien patrzeć uważnie na to co się dzieje w Polsce, a artyści z Polski mogą opisywać te wydarzenia i tłumaczyć je osobom, które niekoniecznie znają i rozumieją ów kontekst – dodał.

Dzięki takim imprezom artyści-imigranci są zauważani – dodaje Magdalena Łukasiak – Udział w tej dał mi poczucie, że moja obecność na Islandii nie sprowadza się tylko do pracy czy dzielna się swoją wiedzą i doświadczeniem na gruncie zawodowym. Miałam też okazję na ekspresję twórczą i szansę, żeby to pokazać – dodała.

Mimo, że wernisaż odbył się w atmosferze koronawirusowej publiczność dopisała. – Miałam okazję poznać lokalną społeczność, część Polonii mieszkającej w Egilsstadir i dziękuję wszystkim za przybycie. To było bardzo ciekawe i wzbogacające doświadczenie – dodaje Łukasiak.

Podobnego zdania jest Hubert Gromny: – Cieszę, się, że miałem okazję poznać wiele nowych, ciekawych osób, a także posłuchać języka polskiego w formie śpiewanej. Cieszę się również, że część polskiej społeczności mieszkającej w okolicy znalazła w programie interesujące wydarzenia i miała okazję wyrwać się z domu – mówi.

Wydarzenia skupiające się na twórczości mniejszości narodowych czy etnicznych są na pewno dobrym sposobem na to, by pokazać istnienie artystów różnego pochodzenia i z różnym tłem. Powinny być jednak traktowane jako punkt wyjścia do szukania szerszego porozumienia artystycznego, zamiast tworzenia swoistego podziemia w świecie artystycznym. Ten temat podejmuje też w rozmowie Gromny.

Mój stosunek do tego typu wydarzeń nie jest jednoznaczny – opowiada – Z jednej strony uważam, że prezentacja twórczości osób nie-islandzkiego pochodzenia jest ważna – z wielu powodów. Z drugiej istnieje ryzyko zamknięcia tej twórczości w klatce związanej z tożsamością i pochodzeniem – dodaje – Z mojej perspektywy tego typu prezentacje powinny być częstsze, ale co ważniejsze powinny mieć nieco inny charakter, tak aby prezentowały jakość artystyczną nie ograniczoną do hasła “sztuka osób polskiego pochodzenia”, ale za pomocą tej sztuki opowiadały historię, która może przyciągnąć szerszą publiczności.

W innym przypadku, jak zauważa Hubert, istnieje ryzyko, że sztuka imigrantów pozostanie tylko sztuką imigrantów. – Na dodatek podzieloną na różne kategorie imigrantów – dodaje – To znaczy, że nie będzie postrzegana jako część islandzkiego pejzażu artystycznego, która zwraca się do ogólnej publiczności i opowiada o pewnym usytuowanym doświadczeniu (np. migracji), ale jako przestrzeń marginalizacji, w której wartości artystyczne są drugorzędne wobec etycznego gestu inkluzji społecznej. Myślę więc, że zdecydowanie istnieje potrzeba wydarzeń, które oferują dostęp do kultury polskiej społeczności, która – szczególnie poza Reykjavikiem – ma utrudniony dostęp do oferty kulturalnej (a więc w języku polskim). Do wydarzeń, które ujawniają wysoką jakość i specyfikę polskiej kultury (a więc angażują także niepolską publiczność), a także wydarzeń, które budują porozumienie pomiędzy doświadczeniami różnych grup imigrantów, a także rdzennych mieszkańców Islandii.

Ciągle będę tworzyła wydarzenia poświecone czy to twórcom z Europy środkowo-wschodniej czy kobietom imigrantkom – mówi Wiola Ujazdowska – No i próbowała zachęcać do ich odwiedzania osoby, które zwykle nie są odbiorcami sztuki współczesnej. Sztuka generalnie jest ekskluzywna i zamknięta na wiele grup ze względu na pochodzenie, kolor skóry czy status ekonomiczny, a ja wierzę – za Josphem Beysem – że „każdy jest artystą” i warto rozmawiać, i tłumaczyć czasem skomplikowany język sztuki.

Kaśka Paluch

Opublikowany w: