SŁUCHAMY ISLANDII: Hjaltalín

665

Kilka miesięcy temu zwiedzałam ekscytujący świat Jakobinaríny, byłam w onirycznej bajce Biggiego Hilmarssona, na chwilkę wpadłam do subtelnej rzeczywistości stworzonej przez Ragnheiður Gröndal. Mimo wielu muzycznych podróży, dotychczas nie miałam okazji rozejrzeć się po świecie Hjaltalín. Szkoda byłoby pominąć tak ciekawe miejsce, dlatego szybko nadrabiam to niedopatrzenie.

Hjaltalín to różnorodność charakterów, bo przecież siedem osób nie może zgadzać się ze sobą nawzajem we wszystkim. Hjaltalín to różnorodność brzmień. Można odnieść wrażenie, że zespół bawi się muzyką, doprawiając wokal Sigríður i Högniego odrobiną dźwięków wiolonczeli, akordeonu i klarnetu. Wszystko to dokładnie zharmonizowane i umieszczone w niemalże bajkowym klimacie jest czystą przyjemnością dla uszu. Zespół swój debiutancki album „Sleepdrunk Seasons” wydał w 2007 roku, a zachwycona islandzka publiczność okrzyknęła muzyków nadzieją islandzkiej sceny. Z resztą Hjaltalín uwielbiane jest nie tylko w ojczyźnie. Muzycy regularnie koncertują w całej Europie. Występowali na popularnym festiwalu Roskilde, w Wielkiej Brytanii, czy też w Polsce. Drugi album „Terminal” grupa zaprezentowała w 2009 roku. Krążek docenili krytycy oraz niezawodni fani. Na gali Icelandic Music Awards zespół zwyciężył w kategorii „najlepszy album”, a przeuroczą (och, jak uwielbiam jej głos) Sigríður Thorlacius uznano za najlepszą wokalistkę roku.

Hjaltalín w większości kompozycji kreuje wesoły i relaksujący muzyczny świat. Lekkość i eklektyzm kompozycji powoduje, że piosenek można słuchać niemalże przez cały dzień, nie nudząc się przy tym i wciąż odkrywając coś nowego. Muzycy Hjaltalín, jak przystało na islandzkich artystów, w swoją twórczość wpuszczają kropelkę magii. Nie jest to jednak ten typ magii, który znamy z Björk, Sigur Rós, czy Ólafura Arnaldsa. To raczej radosne hasanie między dźwiękami, pomiędzy którymi czasem można wpaść do melancholijnej doliny, z której po chwili wyciąga nas euforyczne pasmo melodii. I jeszcze jedno – Hjaltalín najbardziej czarują na koncertach, dlatego jeśli chcecie dać się ponieść w stu procentach niezwykłym brzmieniom zespołu, udajcie się na ich występ na żywo. A jeśli nie możecie, obejrzyjcie ich DVD „Alpanon” wieczorem, przy ciepłej kawie i zgaszonym świetle.

Opublikowany w: