Iceland Airwaves 2012 – fragmenty relacji

1018

Nasi przyjaciele z serwisu muzykaislandzka.pl przygotowali obszerną relację z festiwalu Iceland Airwaves 2012. Dawid Stabik który przez te pięć szalonych dni, bawił się na dziesiątkach koncertów, tak oto wspomina Iceland Airwaves 2012.

Iceland Airwaves 2012 fot. Dawid Stabik

Kocham festiwale. To nie jest największe odkrycie mojego życia, tym niemniej fakt godny stwierdzenia. Jest w nich coś niezwykle ekscytującego – ogłaszanie artystów, oczekiwanie, przesłuchiwanie kolejnych porcji muzyki, o której nigdy nie słyszałeś, odliczanie dni, planowanie koncertów, wybory i dylematy, których jest co nie miara, wszak ponad dwustu artystów to nie żarty.
Iceland Airwaves jest festiwalem, na którym warto być. Jak się okazuje, pula ośmiu tysięcy biletów okazała się zbyt skromna, setki osób musiało się zadowolić darmowymi koncertami w ciągu dnia. Festiwal wyprzedał się na dwa miesiące przed rozpoczęciem, w co wiele osób nie mogło uwierzyć. Podejrzewałem sprytne działanie marketingowe, jednak myliłem się okrutnie. W przyszłym roku warto karnet  zakupić już w czerwcu.
Tegoroczne Iceland Airwaves odbyło się trzy tygodnie później, niż zwykle. Organizatorzy chcieli w ten sposób „zapełnić” lukę turystyczną po RIFF’ie i przed Bożym Narodzeniem. Działanie dość ryzykowne, gdyż aura za oknem nie zachęcała do wędrowania z koncertu na koncert. Po drugim dniu rozpętał się spory huragan, który przewracał ludzi na ulicy, a mnie upewnił w przekonaniu, że oto umrę tego dnia. Jak widać, nie udało się, i dobrze.
Łącznie udało mi się zobaczyć około trzydziestu koncertów, nie licząc krótkich odwiedzin czy koncertów, na które zwyczajnie nie udało mi się wcisnąć. Pierwszy dzień zdecydowanie należał do Islandii – znakomite koncerty zagrali Retrobot, Lockerbie i Sin Fang. Zwłaszcza ten ostatni zasługuje na pochwałę, bo dotąd uważałem jego muzykę za nieco nudną. Kanada jak zwykle pokazała się od znakomitej strony – zarówno Purity Ring, Mo Keeney czy Half Moon Run zasługują na słowa uznania. Świetnie bawiłem się również na koncercie Sykur, w zapchanym do granic możliwości Hemmi og Valdi, oraz Bloodgroup, który w końcu postanowił nagrać nowy materiał i zagrać go z wielkim impetem.
Jak mogłem kręcić nosem rok temu, tak islandzka muzyka w tym roku naprawdę dała radę. Rewelacyjne koncerty, wielka skumulowana energia i niezapomniane wrażenia. Zacytuję pewnego niesamowicie irytującego Amerykanina, który prześladował mnie swoją głupotą na wielu koncertach. Otóż na koncercie Sigur Rós w nasyconym nostalgią momencie krzyknął z najbardziej drażniącym, amerykańskim akcentem: „Yeahhh! This is Iceland!!!!”. Jakkolwiek był głupi, trochę racji miał. To jest Islandia.
Całość relacji, zdjęcia, filmiki oraz opis dziesięciu najlepszych koncertów tegorocznego festiwalu Iceland Airwaves według Dawida Stabika możecie przeczytać na stronie www.muzykaislandzka.pl

Opublikowany w: