„Już miałem tego dość, ale ta robota jest jak narkotyk. To jest narkotyk” – wywiad z Bogdanem Kowalczykiem

Trener szczypiornistów Bogdan Kowalczyk 26 lat temu otrzymał najwyższe islandzkie odznaczenie – Order Sokoła. Nazywany przez islandzką prasę „ojcem naszych...

2112

Trener szczypiornistów Bogdan Kowalczyk 26 lat temu otrzymał najwyższe islandzkie odznaczenie – Order Sokoła. Nazywany przez islandzką prasę „ojcem naszych chłopaków” kilka dni temu na specjalne zaproszenie przyleciał na Islandię gdzie został uhonorowany nagrodą dla trenera dziewięćdziesięciolecia. 

W sobotę 18 kwietnia zobaczyliśmy go w dwugodzinnym programie islandzkiej telewizji publicznej poświęconym islandzkiej piłce ręcznej lat 90-tych. Mimo krótkiego pobytu i napiętego programu znalazł czas na wywiad dla Iceland News Polska.

Bogdan Kowalczyk rozpoczął karierę w Warszawiance w 1961, w 1964 zdobył z tym klubem mistrzostwo Polski juniorów, w latach 1965-1968 występował w AZS Warszawa, a od 1968 do 1978 w Śląsku Wrocław, z którym miał swoje największe sukcesy – siedem tytułów mistrza Polski z rzędu (1972-1978), a wcześniej trzy tytuły wicemistrzowskie (1969-1971). Debiut w reprezentacji Polski 6 grudnia 1964 w towarzyskim spotkaniu z Finlandią, uczestniczył w mistrzostwach świata i Igrzyskach Olimpijskich w Monachium. W biało-czerwonych barwach wystąpił 43 razy, kończąc karierę zawodnika meczem w Monachium z Norwegią (9 września 1972).
W 1970 ukończył Akademię Wychowania Fizycznego we Wrocławiu. Od 1973 był grającym trenerem Śląska Wrocław. Z klubem tym zdobył pięć tytułów mistrzowskich (1974-1978), Puchar Polski (1976). Doprowadził swoją drużynę do finału Pucharu Europy (1978). Potem, na prawie 13 lat, wyjechał do Islandii. Drużyna Vikingur Reykjavik zdobyła pod jego kierownictwem czterokrotnie mistrzostwo Islandii (1980-1983). W 1983 objął funkcję trenera reprezentacji Islandii występując na Igrzyskach Olimpijskich w 1984 (6 lokata) i w 1988 (8 lokata) oraz Mistrzostwach Świata w 1986 (6 miejsce) i 1990 (10 miejsce). W 1989 wygrał z Islandią Mistrzostwa Świata grupy B. W 1990 powrócił do Polski i został trenerem Warszawianki, gdzie kontynuował wspaniałą karierę szkoleniowca do jesieni 2014 roku.

Witold Bogdański :
Dzień dobry. Witamy w Islandii. Wczoraj przepiękny program w telewizji, gdzie uhonorowany pan został nagrodą dla trenera!

Bogdan Kowalczyk:
Tak, tak. Nagroda dla trenera dziewięćdziesięciolecia, bo to tak zostało ujęte. Wybierano nie tylko trenera, wybierano również zawodników na poszczególnych drużynach, wybierano również zespoły.. i żeńskie.. i męskie, najlepsze w historii islandzkiej piłki ręcznej.

Był pan dwukrotnie wywołany na scenę. Przy okazji nagrody trenerskiej i z zespołem uznanym za najlepszy, z ‘Vikingurem z roku 1980.

To prawda. W ‘Vikingurze’ pracowałem przez okres pięciu lat, od roku 1978 do roku 1983. Z tym zespołem właśnie, jako drużyną klubową osiągnąłem największe sukcesy tutaj. Wygraliśmy czterokrotnie mistrzostwo Islandii. Po raz pierwszy zdobyliśmy pewne sukcesy w pucharach europejskich, ponieważ udało nam się po raz pierwszy w historii pokonać drużynę szwedzką ‘Lund’, po raz pierwszy drużynę z krajów Europy Wschodniej, gdzie to już było pełne zawodowstwo, Tatabanyę (Tatabánya Bányász) z Węgier. Tutaj wygraliśmy ze słynną Barceloną różnicą aż siedmiu bramek. Także zaistnieliśmy nie tylko w Islandii, ale też w jakiś sposób w Europie.

Taka była chwytająca rzecz wczoraj: widziałem wzruszenie, mi też się to wzruszenie udzieliło. Powiedział pan, że jeśli jest prawdą, że to co pan zrobił trzydzieści lat temu, dalej istnieje, to jest to duża wartość. Tak dokładnie pan to ujął. I to rzeczywiście tak jest, bo do dzisiaj się pana tutaj pamięta, wspomina. I mówiła też prowadząca program dziennikarka, że to pan zbudował ten wysoki poziom islandzkiej piłki ręcznej i można to panu zawdzięczać.

Ja im za to wszystko po prostu serdecznie dziękuję. Mi jest trudno o tym powiedzieć, ponieważ ja nie wiem dokładnie jak oni trenowali przed moim przyjściem. Ja tutaj wprowadziłem system, którego się nauczyłem w Polsce, na Akademii Wychowania Fizycznego w Warszawie. Chętnie ten mój system został przez zespół ‘Vikingura’, potem w reprezentacji przyjęty. Przynosił ten system pracy sukcesy. Potem, z tego co wiem, bo mówiono mi o tym, była pełna kontynuacja. Moi zawodnicy, którzy zostali później trenerami kontynuują to. Mało tego, myślę, że niektórzy przebili mnie, bo przecież Guðmundur Guðmundsson jest dzisiaj trenerem reprezentacji Danii, wcześniej prowadził kluby Bundesligi. A Gíslason pracuje w Kilonii z olbrzymimi sukcesami. Także to, gdzieś tam ta łączność jest. Jeśli dołożyłem jakąś małą cegiełkę do tego, że istnieje Islandia na świecie i zdobywa sukcesy, to bardzo się z tego cieszę i życzę im tych sukcesów jak najwięcej.

Przypomniano także takie trzy ważne mecze, gdzie spotkały się później reprezentacje i Polski i Islandii, gdzie pan był trenerem drużyny Islandii. Najbardziej finał Mistrzostw Świata klasy B, gdzie Islandia wygrała z Polską…

Ja byłem wtedy trenerem Islandii. Wielokrotnie wygraliśmy z Polską. Ponieważ te kontakty polsko – islandzkie były dość częste i w większości wypadków wygrywaliśmy my. Ogrywaliśmy wtedy reprezentację Polski. Wie pan, trener pracuje na rzecz miejsca, w którym w danej chwili jest. I ja jak byłem na Islandii, to byłem związany i z klubem i z reprezentacją Islandii nie na 100, ale na 120% i w ogóle nie ma o czym mówić.

A jak to się stało, że pan przyjechał tutaj do Vikingura? Czy to był przypadek, czy szukano trenera? Wczoraj o tym nie powiedziano.

W sporcie nie ma przypadków. Ja byłem wcześniej dwa razy na Islandii, ponieważ w Polsce byłem trenerem klubu Śląsk Wrocław, z którym zdobyłem siedem tytułów mistrza Polski z rzędu. W tym pięć jako też grający trener. I tutaj między innymi w Pucharze Europy graliśmy z drużyną FH w Hafnarfjörður, którą pokonaliśmy. Między innymi ten drugi mecz był tutaj w dużej hali Laugarsdal, ponieważ było duże zainteresowanie tym spotkaniem. I to był mój pierwszy kontakt z Islandią. Ta drużyna była naprawdę niezła wtedy. Miałem tam przynajmniej trzech, czterech zawodników światowej klasy w zespole Śląska Wrocław. Zresztą w 1978 ja ze Śląskiem Wrocław wygrałem Mistrzostwo Polski, Puchar Polski i byłem w finale Pucharu Europy. Czyli właściwie już nic więcej z tą drużyną osiągnąć nie mogłem. Mogłem tylko wygrać puchary Europy. I postanowiłem odejść ze Śląska Wrocław. Po dziesięcioletnim pobycie we Wrocławiu jako zawodnik i trener. I wtedy zadzwonił do mnie szef ‘Vikingurów’ z propozycją pracy. Ja miałem jeszcze, oprócz tej z Islandii, propozycję z Belgii, propozycję z Austrii. W związku z tym, że byłem tutaj na Islandii, wiedziałem, że to jest sport popularny to wybrałem Islandię. I wydaje mi się, że nawet w tym momencie poziom islandzkiej piłki ręcznej był wyższy niż przynajmniej w Belgii. A poza tym, jeszcze jedna rzecz, która zdecydowała. Ja byłem z wykształcenia nauczycielem i trenerem, a w Belgii proponowano mi oprócz trenowania zespołu jeszcze jakąś tam inną, dodatkową pracę, natomiast Vikingur wystąpił z propozycją szeroką. Ja pracowałem i z kobietami, i z mężczyznami, pracowałem z młodzieżą. Byłem zatrudniony w klubie z kilkoma drużynami i to mnie między innymi pociągnęło, bo to było w moim zawodzie. Mogłem się tu wykazać. To był też między innymi powód, że tę propozycję przyjąłem.

A potem? Vikingur, duże sukcesy, zakończyło się prowadzenie drużyny klubowej i była propozycja reprezentacji…

Tak. Otrzymałem w 1983 roku propozycję pracy z reprezentacją. Muszę przyznać szczerze, wahałem się, czy to wziąć, czy nie, przez przynajmniej parę dni. Nie byłem tak pewny na 100%, wtedy Islandczycy niezbyt dobrze wypadli na mistrzostwach świata grupy B i był taki troszkę kryzys islandzkiej piłki ręcznej. Myślę, że kryzys organizacyjny był drobny. W związku z tym taka sytuacja była niepewna, ale w końcu zaryzykowałem. Początki były trudne. Pamiętam pierwsze dwa mecze które graliśmy. Wszyscy tak liczyli, że to będzie tak dobrze jak w Vikingurze, a przegraliśmy z reprezentacją Czechosłowacji dwa razy. Ale to był dla mnie tylko doping do pracy, dlatego że w sporcie trzeba patrzeć przed siebie, nie wolno się poddawać. Wtedy zaprowadziłem taki troszkę nowy system tutaj. Po pewnej walce z działaczami z klubów wywalczyłem sobie raz w tygodniu trening z reprezentacją. Czyli oni bardzo często, za co im dzisiaj dziękuję, kończyli trening w klubie i przyjeżdżali wieczorem, jeszcze czasem nawet nie brali prysznica, bo tuż po treningu, już gotowi, rozgrzani przyjeżdżali tutaj na tę dużą halę i trenowaliśmy dodatkowo. Amatorzy, bez żadnych pieniędzy. Wie pan, trudno sobie w Polsce wyobrazić, że to można zrobić, a oni się zgodzili na tę pracę i zaczęliśmy potem iść cały czas krok za krokiem do góry.

A gdzie tkwi tajemnica sukcesu? Bo wczoraj w telewizji były rozmowy z ludźmi, z którymi pan pracował. Mówili, że pan był bardzo twardy, była dyscyplina, nie było możliwości dyskusji. Gdzie był klucz do sukcesów?

Ja byłem troszkę innej mentalności. Tutaj na ogół się mówi ‘fajnie, dobrze’, bardzo rzadko się po prostu wytyka błędy. A ja postępowałem wprost przeciwnie, ponieważ wychodziłem z założenia, że jak ja nie powiem zawodnikowi o jego błędach, o jego błędnym graniu, to on się nie poprawi. Jak ja mam to poprawić, prawda? No on może być przez moment niezadowolony, ale jak się poprawi to zapomni. I to był inny styl pracy, inne podejście. Zdyscyplinowałem też i zespół Vikingura i zespół reprezentacyjny. Tutaj absolutnie nastąpiły takie zmiany… ja z nimi pracowałem, tak jak pracowałem wcześniej z drużyną już zawodową Śląska Wrocław. Pracowaliśmy tak samo. Może troszeczkę mniej trenowaliśmy, ale … obciążenia były podobne, a może nawet i większe, bo oni po prostu to wykonywali lepiej, w 100%. Tutaj nie musi pan ich poganiać do pracy, bo oni mają we krwi ten dobry stosunek do pracy i wykonywanie wszystkiego na 100%. To prowadzi do absolutnie szybszych postępów, niż jak coś się robi, że tak powiem na siłę. I wydaje mi się, że to jest jedna rzecz. Druga rzecz, oni mają dobry charakter do piłki ręcznej. To chłopaki walczące. Zresztą wszyscy tutaj jak pracują, czy coś wykonują, to wykonują zawsze na 100%, a to jest w sporcie niezbędne. I wydaje mi się, że to był drugi taki element, że mieli ten charakter. Ale nie ulega też dla mnie najmniejszej wątpliwości, że oni mają talent do sportów. Poza tym, jak pan wie… nie wiem jak jest dzisiaj dokładnie, bo wiele lat minęło, ale za moich czasów tu był absolutnie sportowy styl życia. Tu ta młodzież, bo ja pracowałem też z dzieciakami 13, 14 lat w Vikingurze, to oni trzy razy w tygodniu trenowali piłkę ręczną, ale chodzili też trzy razy w tygodniu na piłkę nożną, bardzo często. To jest sześć razy w tygodniu, dwa razy więcej niż w Polsce. Stąd oni po prostu rzeczywiście zasługują na te sukcesy w sporcie. Niczego nie ma za darmo. To jest po prostu niemożliwe, żeby można było w sporcie z niczego zrobić coś. Wszystko trzeba wypracować.

Bogdan Kowalczyk fot. Visir/Sveinn
Bogdan Kowalczyk fot. Visir/Sveinn

Padł wczoraj taki fajny tekst, że stworzył pan nowy język. Ten język nazwano ‘bogdanska’ Mówiono, że to była mieszanka języka niemieckiego, polskiego i islandzkiego..

Tak, tak. Wie pan, to był też problem. Jak pan świetnie wie, za moich czasów, a mam już swoje lata, nie wyjeżdżało się za granicę, nie miało się paszportu w domu. Bardzo często się go nie dostawało, nawet jak się o to prosiło. Zawodnicy nie mogli wyjeżdżać za granicę, trenerzy tym bardziej. Był limit: musiał pan mieć skończone minimum trzydzieści lat i zasługi reprezentacyjne, żeby wypuszczono za granicę i pozwolono wyjechać i coś tam dorobić, czy zobaczyć. Ja między innymi te wszystkie parametry spełniałem, bo byłem i reprezentantem Polski przez wiele lat i już miałem ponad trzydzieści lat jak tu przyjeżdżałem. To, wie pan, to była na ogół taka sportowa emerytura w Polsce. I myśmy rzeczywiście wtedy wielkiej uwagi do języków nie przykładali. Ja się uczyłem rosyjskiego, z którym nie mam problemów, trochę mieliśmy niemieckiego, do którego nie przykładano wielkiej wagi. Zresztą jak wyjeżdżałem spytałem jednego ze znajomych, który był tutaj: ‘słuchaj, ja tam z niemieckim, to dam sobie radę?’, ‘A dasz sobie radę, nie ma problemu. Dogadasz się.’ Okazało się, że nie, że tutaj angielski jest absolutnie numer jeden. Ale ja miałem trochę szczęścia dlatego, że jak zacząłem trenować reprezentację i wcześniej też oni wyjeżdżali grać w Bundeslidze, znali niemiecki, więc już było nam zdecydowanie łatwiej. Zresztą, wie pan, trening nie jest tak trudno poprowadzić w każdym języku. Dosłownie po miesiącu, czy półtora. jest kontakt, już wszyscy wszystko wiedzą, co się za tymi poszczególnymi hasłami językowymi kryje. Także pod tym względem nie było problemu. Natomiast nauczyć się tutaj niemieckiego, to rzeczywiście trudno. Ja się nie uczyłem na przykład islandzkiego. Ale tu też jest sprawa jasna. Zawsze podpisywało się kontrakt na rok, przy reprezentacji rzeczywiście czasem się zdarzało, prawie dwa. Nigdy pan nie wiedział, kiedy pan będzie musiał się spakować i wyjechać. Bo gdybym ja miał normalną pracę, tak jak tu wszyscy, to nie ulega wątpliwości, i plan taki, że ja decyduję: ‘będę tu piętnaście lat’. No to ja się uczę języka, bo mam tu być piętnaście lat. Natomiast jak pan jest rok i fajnie, wygraliśmy, no to jeszcze rok. Fajnie. Wygraliśmy. No to może jeszcze półtora i to tak się ciągle przedłużało.

I to było w sumie ile lat?

Zebrało się ich ponad dwanaście.

Wczoraj pan powiedział, że decyzja była pana, że pan rzucił Islandię i trochę tej decyzji pan żałuje.

Tak, tak. Wie pan, nie wytrzymałem ciśnienia, ponieważ ja sobie założyłem, że jak będziemy grali na mistrzostwach świata w Czechosłowacji, to my będziemy w pierwszej szóstce. Niestety byliśmy dalej, w pierwszej dziesiątce, ale nie w pierwszej szóstce. A ja mam taki zwyczaj, że jak coś powiem, to realizuję, jak to mówią w Polsce: ‘słowo droższe od złota’. Tak zrobiłem. Zresztą identycznie było we Wrocławiu, kiedy wygrałem wszystko i odszedłem. Nie wiem… Często człowiek się kieruje intuicją, ale potem, po jakimś czasie przeanalizowałem to swoje postępowanie i uważam, że to był błąd. Można było troszeczkę przerwać, można było chwilę może popracować w klubie, potem wrócić. No można było tam kombinować. To ja ją podjąłem… nikt mnie nie wyrzucał z tej pracy, mało tego, pamiętam, przyszedł do mnie kapitan reprezentacji, już nowy po tej mojej decyzji i prosił, żeby jeszcze wrócić. I może bym się dał namówić, ale wcześniej na konferencji prasowej powiedziałem, że rezygnuję.

Zanim pan wyjechał, otrzymał pan najwyższe odznaczenie, Order Sokoła, wręczony w październiku 1989 roku przez panią prezydent.

Tak, to dla mnie wielka sprawa. To było po Mistrzostwach Świata we Francji w 89 roku, to były niby mistrzostwa świata grupy B, ale startowały prawie wszystkie najlepsze drużyny. Brakowało może trzech, czterech, bo to jakiś taki dziwny był klucz z olimpiady – pierwsza, chyba czwórka, nie startowała. Potem już wszystkie startowały. My wygraliśmy te mistrzostwa świata. Graliśmy rzeczywiście wspaniale. W finale pokonaliśmy Polskę i to wysoko. Bardzo mocną wtedy drużynę z Polski. Pokonaliśmy drużynę Niemiec. No, naprawdę graliśmy tam bez zarzutu. To był jeden z naszych lepszych turniejów i według mojej oceny, takiej rzetelnej, to wtedy to pierwsze miejsce to był odpowiednik czwartego, piątego miejsca na świecie.

Bardzo dobry, wysoki wynik. Dzięki panu.

Ja przecież z nimi byłem w Los Angeles i też byliśmy w pierwszej czwórce. Także na Mistrzostwach Świata w Szwajcarii zajęliśmy szóste miejsce, ale to… no właściwie nie powinienem o tym mówić… no, zajęliśmy szóste miejsce. Można było zająć piąte, ale tutaj jest taki zwyczaj w takim meczu o piąte, szóste miejsce, to na ogół daje się grać zawodnikom którzy grali mniej w turnieju. Żeby też po prostu czuli się pełnoprawnymi członkami ekipy i właściwie zawsze prezes mówił: ‘piąte, szóste.. to już Bogdan wszystko jedno, ale musimy mieć ekipę. Pozwól też pograć tym, którzy grali mniej’. I tak robiliśmy.

A jakie ma pan plany? Bo w zasadzie obiło się coś o uszy, że pan zrezygnował, że już pan nie trenuje?

Tak. Ja jeszcze siedem miesięcy temu pracowałem. Przed chwilą miałem telefon z tego klubu, z Puław. Powiedziałbym: z klubu z najlepszym wynikiem w jego historii . Zresztą ten klub jest młody. Ostatnio było jego dziesięciolecie i zostałem wybrany najlepszym trenerem tego dziesięciolecia. Ta praca była z sukcesami. Ostatnio zajęliśmy czwarte miejsce w Polsce. Dlatego, że w Polsce dwa pierwsze miejsca są zajęte. Nie ma szans po prostu. Mamy dwie tak mocne drużyny, które grają w lidze mistrzów. Są to zespoły z Kielc i z Płocka. Oni dysponują budżetami wielokrotnie wyższymi niż pozostałe drużyny, więc jak pan sobie zdaje sprawę, ściągają czołowych graczy ze świata do siebie i naprawdę, żeby człowiek serce wyłożył, to z tymi dwoma zespołami trudno jest wygrać. A potem chyba dwa, albo trzy razy zrobiłem czwarte miejsce z nimi. W Challange Cup, to są rozgrywki europejskie, byłem w półfinale, znaczy w pierwszej czwórce. I w Pucharze Polski, tam cztery drużyny grają taki finałowy turniej. Wiadomo, najpierw te dwa pierwsze, ja byłem trzeci. Także wszyscy byli zadowoleni, ja też bardzo, ale doszedłem do wniosku, że należy już trochę zacząć odpoczywać, dlatego że byłem w tym zawodzie 42 lata, to sporo.

Tak, ale jest pan w świetnej formie. Tak się zastanawiam, bo wczoraj spotkał pan wielu dawnych przyjaciół, kolegów, dzisiaj trenerów, kiedyś zawodników. Takie cudowne spotkanie było w tej telewizji, na żywo pokazywane. Może padły potem za kulisami pytania: ‘może byś wrócił na Islandię?’

Były takie rozmowy i takie pytania. Zresztą mam jeszcze rozmawiać z prezesem Vikingura, ale to prawdopodobnie w zupełnie innej sprawie. Ja coś panu powiem. Ja też już jestem, że tak powiem dziadkiem. Mam czwórkę wnuków. No… to są rozterki. To są dwa życia w tej chwili. Właściwie wcześniej było jedno życie, bo rodzina zawsze za mną wszędzie jeździła. Natomiast dzisiaj, no na starość, trzeba sobie powiedzieć szczerze, trzeba się zastanowić, czy tej rodzinie, tym wnukom nie poświęcić więcej czasu. To są rozterki. Ja nawet jak w Polsce robiłem sobie przerwę i odpoczywałem, zadzwonili, cholera pakowałem się i jechałem, bo jak pan wie, w Warszawie nie ma prawdziwego klubu piłki ręcznej. I zawsze jakoś tak… Potem człowiek już był zmęczony, już miał tego dość, ale ta robota jest jak narkotyk. To jest narkotyk.

To dobrze zabrzmiało. Żeby pana tutaj nie męczyć, bo krótki pobyt, dużo się dzieje, to może życzmy sobie tego, że jednak stanie się jakiś cud i przynajmniej na rok zobaczymy pana w Islandii, czy jako trenera klubowego, czy reprezentacji…

Dzisiaj to już zależy nie tylko ode mnie. To tak jak powiedziałem, zależy już od żony, zależy od tych dzieciaków, jak tam im wszystko się będzie układało, bo to jak pan wie, w Polsce trzeba czasami trochę pomóc. Młodzi pracują, to babcia z dziećmi musi … No, wie pan jak jest, co ja będę panu tłumaczył. Także to wszystko trzeba też zacząć rozgrywać też pod tym kątem, nie tylko pod siebie. Jak człowiek był młody to myślał: ‘ja pracuję, ja idę, ja mam wygrywać, ja mam awansować, ma być lepiej’. Już trzeba spojrzeć inaczej..

No niezależnie jak się to ułoży, możemy tylko zakończyć, że jest pan wielką częścią historii islandzkiej piłki ręcznej i jej sukcesów.

Cieszę się strasznie, że mogłem im pomóc. Ale trzeba też przyznać, że oni potrafią się odwdzięczyć.

Jeszcze raz dziękujemy i gratulujemy.

Ja także dziękuję i pozdrawiam.

rozmawiał: Witold Bogdański

Opublikowany w: