Islandia, rower i brak kawy – jak żyć?

Jeszcze 250 km… To już prawie meta. Czekamy na Artura i trzymamy kciuki. Szykujemy dużo pysznej kawy. A tymczasem...

1767

Jeszcze 250 km… To już prawie meta. Czekamy na Artura i trzymamy kciuki. Szykujemy dużo pysznej kawy.

A tymczasem poczytajcie zapiski Artura.

REKLAMA

Od pewnego czasu bardzo pomaga mi ekipa „lodowcowa” przewodników, wspinaczy. Wspaniali ludzie. Niesamowici podróżnicy z Polski, którzy tam znaleźli swoje miejsce. Pomagają jak mogą, z ich życiorysów nie jednego mógłbym się nauczyć.

***
Islandia jest zadziwiająca, w momencie, jak już witasz się z przysłowiową gąską, pokazuje ci miejsce w szeregu.
Wszystko jak po sznurku, niecałe 250 km do mety. Ledwie zefirek. Najedzony, wypoczęty uśmiechnięty. Jadę spokojnie na miejsce noclegu.
– Kiedy będziesz, no kiedy, czekamy? Podpytuje Arek, kolega ze studiów.
– Z dwie godzinki i jestem.
– OK, czekamy, czekamy. Słyszę w głosie niecierpliwość.

Fajna pogoda, zostało niedużo. To mały pikniczek. Czyli herbatka z termosu. Duży pikniczek to owsianka z herbatą. Popijając siorbię, mlaskam w niebogłosy. To bardzo poprawia smak herbaty na mrozie – pozwala wypić ją cieplejszą. Nagle do mojego mlaskania dołączył cichutki świst. Sylwetka staje się coraz bardziej przygarbiona, czytaj opływowa. Coś mnie zaczyna odpychać do tyłu. Zaczynam czuć szczypanie na twarzy, wiatr przemnożył mróz razy prędkość.

Islandia zmieniła plany na popołudnie. Postanowiła troszkę sobie powiać, poprzeszkadzać…

Wyciągam telefon.
– Arek, będę trochę później…

Nagle spadam w dół o kilka klas komfortu. Zaciskam zęby i kręcę. Wiatr i mróz zawsze wprowadzają nieco otępienia. Skupiam się na zadaniu. Jedź do przodu. Rower dziwnie się zachowuje, jakby podskakiwał. Zerkam na oponę, powietrze jest, koło bez luzów. Coś mi jednak nie pasuje. Podskakuje jak piłeczka, a jadę po płaskim. Zatrzymuję się jeszcze raz. Opona jakby dostała dużego pryszcza. Przetarła się w jednym miejscu i dętka wyskoczyła pięknym łukiem. Dzisiaj byłem nad wodospadem, jeździłem po dużych nierównych płytach lodu…

Wyciągam telefon.
– Arek, awaria nie dotrę…
– OK, przyjedziemy po Ciebie, gdzie jesteś.

Tym sposobem zjadłem ciepłą kolację. Zarobiłem karne 25 km, o które będę musiał się cofnąć. Islandia miała inne plany.

Więcej o wyprawie i przeżyciach Artura przeczytacie na stronie FB – TU i w artykułach:

Artur Wysocki

Opublikowany w: