Chciałem pokazać zjawisko społeczne, nie indywidualnego bohatera

1004

W kinie Bió Paradis w Reykjaviku, już w czwartek będzie można zobaczyć dokument “In Touch” poruszający temat emigracji Polaków na wyspę. Historia, która w większym lub mniejszym stopniu dotyczy każdego z nas. Jest to opowieść o Polakach, którzy przeprowadzili się na Islandię w poszukiwaniu lepszego życia, których bliscy zostali w Polsce. O tym jak powstawał film i skąd wziął się pomysł na jego realizację w rozmowie z Olgą Szelc opowiada reżyser filmu Paweł Ziemilski.

Olga Szelc: Stare Juchy to wieś w województwie warmińsko-mazurskim, z której wyjechała na Islandię spora część społeczności. Jak pan trafił na ten temat? Dlaczego postanowił się pan zająć właśnie historią o emigrantach i ich bliskich, którzy zostali w Polsce?

Paweł Ziemilski: Dokładną liczbę emigrantów na Islandię trudno podać, bo dotyczy i tej, i pobliskiej miejscowości. To około 1/3 mieszkańców Starych Juch. Na temat trafiłem, kręcąc swój poprzedni film „Rogalik”, w maleńkiej wiosce pod Ełkiem. Będąc tam, co chwilę słyszałem, że ktoś ma kogoś na Islandii. Zainteresowało mnie to, zwłaszcza że sam nie znałem nikogo z Polski, kto mieszkałby na Islandii. Zrobiłem więc małe dochodzenie i tak trafiłem do wsi Stare Juchy, która jest już prawie miasteczkiem, bo jest to większa wieś, gminna, stanowiąca centrum ruchu emigracyjnego. Nie sądziłem wtedy jednak, że może to być punkt wyjścia do nakręcenia dokumentu. Kilka miesięcy później opowiedziałem o Starych Juchach jedynemu Islandczykowi, jakiego znałem, koledze ze studiów w Łódzkiej Szkole Filmowej – Haukurowi M Hrafnssonowi. Powiedział wtedy, że koniecznie trzeba nakręcić na ten temat film. Został jego producentem.

O.Sz. – Pytał pan, dlaczego część mieszkańców Starych Juch przeniosła się właśnie na Islandię? Czy to był przypadek? Jak się to zaczęło?

P. Z. – To jest dość ciekawe i długo zastanawiałem się, czy tę pionierską historię pokazać w filmie.
W 1979 roku marynarz z Islandii dość przypadkowo wylądował w Warszawie. Poszedł na dyskotekę i poznał dziewczynę. Spodobała mu się, okazało się, że pochodzi ze Starych Juch. On jednak po kilkudniowych wakacjach wrócił na Islandię. Jakiś czas trwała między nimi korespondencja, jednak w pewnym momencie dziewczyna przestała odpisywać na listy. Islandczyk był nią zauroczony i postanowił przyjechać do Polski i ją odszukać. Dotarł do Warszawy, tam przekonany, że Stare Juchy są niedaleko, wsiadł w taksówkę. Warto wspomnieć, że Stare Juchy to wtedy była pegeerowska wieś, w której nikt nigdy nie słyszał o Islandii. Gdy znalazł się na miejscu, zaprowadzono go do jedynej osoby, która znała angielski. Była to kobieta, która wcześniej pracowała w Stanach. Tam dowiedział się, że ta dziewczyna, która mu się spodobała, jest mężatką. Mimo tak smutnej wiadomości postanowił we wsi przenocować, zaprosiła go zresztą ta kobieta, która znała angielski i tak właśnie poznał jej siostrę… Między nimi zaiskrzyło i w 1981 roku tuż przed stanem wojennym wzięli ślub, po czym wyjechali na Islandię.

Opowieść niesamowita, jak scenariusz filmu fabularnego!

To jednak nie koniec tej historii. Teraz dopiero się ona tak naprawdę zaczyna. Najpierw w latach 80. kobieta sprowadziła na Islandię swoją najbliższą rodzinę. Gdy w 1990 roku padły pegeery i ludzie stracili pracę, to właśnie para polsko-islandzka (wraz z mieszkającą w Polsce siostrą żony) pomogła wyjechać na Islandię w 1991 oraz 1992 roku 30-40 kobietom ze swojej wsi. Zaczęły pracować na wyspie w przetwórstwie rybnym i stanowią trzon tej emigracji. Z czasem przyjechali za nimi także inni członkowie rodzin i sąsiedzi. Taka emigracja łańcuszkowa.

W pewnym momencie jeden z bohaterów mówi, że „wyjeżdżali jeden po drugim, jak te mrówki”.

Tak to wyglądało. Gdy byłem na Islandii i zacząłem się tym bardziej interesować, to okazało się, że jedna z takich „łańcuszkowych” historii dotyczy Starych Juch, a druga – Sosnowca. Nie wiem, czy ktoś badał, skąd dokładnie przybyli Polacy na Islandię, ale mam wrażenie, że gdyby to dobrze sprawdzić, to początki emigracji zaczynałyby się albo w Starych Juchach, albo właśnie w Sosnowcu.

Podczas kręcenia filmu miał pan do czynienia z mocnymi emocjami i bardzo intymnymi rozmowami między bohaterami. Jak udało się panu przekonać ich do tego projektu? Co było najtrudniejsze?

Z zasady w filmie wystąpili ci, którzy tego chcieli. Kluczem było to, że te osoby miały potrzebę udziału w projekcie. W pewnym momencie zrezygnowałem nawet z takich – z mojego punktu widzenia – najbardziej atrakcyjnych historii, na rzecz tych, w których była wyraźnie widoczna potrzeba, aby sobie nawzajem coś przekazać. A więc nie były to moje zabiegi socjotechniczne, które coś spowodowały. To jest w filmie dokumentalnym bardzo ważna rzecz, aby bohaterowie czuli, że coś dostają, że zaspokajają jakąś swoją potrzebę.

Chciałabym spytać o techniczne rozwiązania w filmie. Duże wrażenie na widzu robi to, gdy na polskim podwórku nagle pojawia się plaża nad oceanem i można po niej wirtualnie spacerować z bliską osobą. Czy to było trudne technicznie? Czy najpierw zostały nakręcone sceny na Islandii, a potem w Polsce? Czy działo się to jednocześnie?

Kręciliśmy wszystko etapami. Najpierw pojechaliśmy do wsi, planując, gdzie można różne rzeczy wyświetlić. Następnie udaliśmy się na Islandię i kręciliśmy tam materiał z osobami mieszkającymi na wyspie. Potem wróciliśmy do Polski i dokręciliśmy to, co znajduje się ostatecznie w filmie. Taka praca ograniczała nam możliwość dokrętek. System wieloetapowy był bardzo pracochłonny i droższy, więc musieliśmy wyprzedzić pewne fakty. A więc na Islandii musieliśmy nagrywać materiał, mając cały czas świadomość, że to nie jest końcowy wynik, rezultat filmu. To nie jest łatwe, inaczej się kadruje, inaczej się świeci. Na czym innym trzeba się skupiać.

Z pewnością nakręcił pan sporo materiału. Jak wyglądał wybór tego, co ostatecznie znalazło się w filmie?

Jak już wpadliśmy na pomysł z projekcjami, to okazało się, że wiele z tego, co robiliśmy przedtem, było materiałem próbnym. Przeprowadzaliśmy na przykład wywiady, ale żaden z nich do filmu nie wszedł. Jednak to nie selekcja materiału była kluczowa, ale raczej to, aby w filmie, który jest portretem zbiorowym pewnej społeczności, nie zgubić jego struktury.

Chodziło o to, aby utrzymać dynamikę opowieści?

Tak, ale nie mogło być też takiej sytuacji, aby widz zainteresował się tylko jednym z bohaterów i chciał dalej podążać za nim. A więc na montażu, gdy przyzwyczajałem się za bardzo do jednego z opowiadających, myślałem, nie, nie, to nie tak ma być. To nie jest film prowadzony przez bohatera, ale przez zbiorową opowieść. Widz ma zobaczyć pewne zjawisko społeczne. Było to niełatwe zadanie.

W pewnym momencie jedna z bohaterek filmu mówi do bliskiej osoby „Chodź, złap mnie za rękę”. Jej tęsknota za bliskością jest ogromna. Jak dalece pana zdaniem nowoczesne rozwiązania komunikacyjne, takie na przykład jak rozmowy na Skype są w stanie pomóc w poradzeniu sobie z tęsknotą, samotnością, poczuciem opuszczenia? Czy dla bohaterów jest to jakieś rozwiązanie?

Ciężko to ocenić. Wszyscy mówimy, że technologia zbliża nas do siebie, że świat się skurczył. Ale czy pomaga nam to zachować pewną bliskość? Mam wrażenie, że to jest tylko taka deklaracja. Choć niezaprzeczalnie technologia ułatwia nam komunikację, inaczej niż było np. 30 lat temu.

Wtedy zapewne musiałabym pojechać do Warszawy, aby się z panem spotkać. Dziś możemy wywiad przeprowadzić telefonicznie i od razu go nagrać.

Na pewno jest nam tak wygodniej. Mam jednak wrażenie, że dzięki technologii łatwo jest wymienić się informacją, ale trudniej coś razem przeżyć. A jeżeli nie przeżywamy czegoś razem, to wtedy się od siebie oddalamy. To, że rozmawiamy przez telefon, jest wygodne dla nas i wydaje się wielkim ulepszeniem, zastanawiam się przy tym, czy gdybyśmy się spotkali, to może byłoby między nami jakieś przeżycie i wywiad – być może – byłby lepszy? Możliwe, że obecnie jest nam nawet trudniej zachować bliskość niż osobom, które takich rozwiązań nie miały, pisały długie listy, musiały zamawiać rozmowy telefoniczne i spotykały się rzadko, ale – być może – te spotkania były przez to głębsze?

Moja przyjaciółka była ostatnio na konferencji, dotyczącej rozwoju technologii, także komunikacyjnych i okazuje się, że już niedługo będziemy mogli wirtualnie umówić się na kawę w Paryżu, siedząc we własnych domach. Z jednej strony to jest fascynujące, ale z drugiej – przerażające.

Ale co to znaczy tak naprawdę znaczy „wypicie kawy w Paryżu”? Kawa w Paryżu to także zapach, gęstość powietrza, wiatr, który dotyka naszej skóry. To ogromnie różni doświadczenie rzeczywiste od wirtualnego. Sztuczna przestrzeń nie jest – jeszcze i na szczęście – w stanie zastąpić wielowymiarowej rzeczywistości.

W filmie pojawia się wyraźnie zarysowany problem rozpadania się więzi pokoleniowych, np. dziadek – wnuk, matka – córka. To również problem dzieci emigrantów. W jakim stopniu są one „z Polski”, a w jakim jest to dla nich już obcy kraj, do którego lata się tylko czasem na wakacje? Jakie są pana przemyślenia na ten temat?

Obserwowałem różne przypadki. Islandia jest dość specyficznym miejscem, wiele osób szybko się „islandyzuje”. Część dzieci tam urodzonych czuje się już po prostu Islandczykami. Czasem więzi się rozpadają, ale często jest też tak, że odległość pomaga poprawić relacje. Może dlatego, że żyjąc razem w małej społeczności, we wsi, niektórym było za ciasno pod presją społeczną, kościoła, sąsiadów i pojawiały się różne tarcia. A gdy ktoś wyjechał, to one zmalały. To poszło w dwie strony, podobnie jak z technologią.
Wiele osób mówiło mi, że dla nich to jest także film o tym, jak rodzice muszą zaakceptować, że dzieci mają inne życie, swoje życie, gdzieś daleko. To zawsze będzie dla rodziców i dziadków bolesne doświadczenie.

Patrzyłam na pana film również z perspektywy matki, ponieważ mam dorosłego syna, który ma własne plany na życie. I to bardzo dobrze. Tak ma być.  Jednak dla mnie istotną kwestią jest nie tylko tęsknota emigrantów za rodziną czy też ich zakorzenianie się w nowym miejscu, ale ukazanie ważnego problemu społecznego. To także historia o starszych ludziach, których dzieci wyjechały bardzo daleko. I pojawia się pytanie – kto się tymi starszymi ludźmi zajmie, zaopiekuje, gdy zachorują, gdy będą tego potrzebować? Kiedyś taką funkcję pełniła rodzina wielopokoleniowa, a jeśli ktoś wyjeżdżał, to niedaleko.

Akurat w przypadku moich bohaterów są to często rodziny wielodzietne i bywa tak, że któreś dziecko zostaje w Polsce. Ale to jest zjawisko ważne nie tylko w kontekście Starych Juch. Na przykład w Danii czy Szwecji wygląda to zupełnie inaczej. Tam – mam wrażenie – każdy żyje bardziej dla siebie, ma wolność i możliwości, które są dużo większe niż te, które istnieją w bardziej tradycyjnych systemach społecznych. I ma to swój koszt, bo więzi rodzinne nie są aż takie silne. Prawdę mówiąc, bardzo trudno to jednoznacznie ocenić. Z jednej strony to źle, że starszym osobom brakuje wsparcia, ale z drugiej dobrze, że mamy wolność poruszania się i decydowania o własnym losie.

Być może też, spowodowane wyzwaniami społecznymi, stworzą się nowe sposoby radzenia sobie z takimi sytuacjami, jak budowanie relacji nie tylko rodzinnych, ale także z przyjaciółmi, sąsiadami.

Być może, ale mam nadzieję, że nie będzie to jedynie wirtualne.

Jak pana film wpłynął na losy bohaterów? Czy ma pan z nimi kontakt, wie, co u nich słychać, co się dzieje w ich rodzinach? Może niektórzy wrócili?

Myślę, że film nie miał wpływu na ich życie i cieszę się, że tak się stało. Moim zadaniem nie było zmienianie czyjegoś losu, ale pokazanie pewnego zjawiska. Sądzę, że dla moich bohaterów najciekawszy był udział w projekcie, ważniejszy nawet od obejrzenia gotowego filmu. Kilka osób przyznało, że po projekcji zastanawiało się nad powrotem do Polski. Wiem o jednej parze, która przyjechała do Polski na stałe – już na emeryturę. Ale to był ich plan od początku. Większość została na wyspie.

Film „In Touch” będzie pokazywany na Islandii (projekcje zaplanowano od 24 października – przyp. red.) Czy i kolejny projekt filmowy wiąże pan z wyspą, czy będzie to już zupełnie coś innego i na inny temat?

Nie, to będzie zupełnie inny temat. Kolejny film ma opowiadać o niesamowitej energii kobiet w dość konkretnym wieku, gdy większość odchodzi na emeryturę, ale jest taka grupa, której siła jest wtedy największa i ma ogromną sprawczość.

Dziękuję za rozmowę.

Opublikowany w: