„Winne” Jarosława Czechowicza – rodzinny dramat z Islandią w tle

1820

Nowa książka Jarosława Czechowicza „Winne” to wnikliwa opowieść o traumatycznych przeżyciach, psychicznych i fizycznych ranach, a także o rozpaczliwej ucieczce przed przeszłością. Głównymi bohaterkami są Anna i Irena, siostry, których dzieciństwo i młodość, a potem także dorosłe życie, zostało na zawsze naznaczone przemocą. Opowieść toczy się w dwóch miejscach: w Krakowie i Ísafjörður – mieście leżącym w Fiordach Zachodnich na Islandii oraz w dwóch przestrzeniach czasowych: obecnie i w przeszłości.

Siostry wszystkie upokorzenia i straszliwe przeżycia z rodzinnego domu jednocześnie łączą i dzielą. Łączy je nienawiść do sprawczyni przemocy (w pewnym momencie nawet życzą jej śmierci), dzieli podejście do tego, co robią ze swoją teraźniejszością. Irenie i Annie los nie będzie szczędził ciosów, choć w ich życiu znajdzie się także miejsce na miłość. Czy miłość jednak może wygrać z nieprzepracowaną traumą?

Jest takie przysłowie, które mówi, że jeśli „problem wsiądzie z tobą do samolotu w Warszawie, to wysiądzie z tobą w Nowym Jorku”. To właśnie spotyka Annę, która mieszka w Ísafjörður i pracuje, sprzątając miejscowy bar. Wybrała Islandię nie dlatego, że wyspa się jej spodobała, albo dlatego, że zakochała się w islandzkim sposobie życia czy choćby dlatego, że tu zacznie żyć na nowo. To było po prostu miejsce położone najdalej, także w sensie mentalnie od tego, od czego Anna chciała uciec. W Ísafjörður nie musi widywać się z Ireną, nie wpadnie na nią niechcący na ulicy. Anna nie integruje się zbytnio z lokalną społecznością, nie chce poznawać mieszkających na wyspie Polaków, o których ma zresztą fatalne zdanie. Ludzie jej raczej przeszkadzają, chociaż jednocześnie jest rozpaczliwie samotna. Nosi w sobie brzemię straty i wstydu, bezskutecznie usiłując żyć jak każdy. Nie dziwi więc, że otaczający świat spostrzega jako niebezpieczny i niechętny. Unika głębszych relacji. Ale bywa też wyczulona na piękno krajobrazu i chętnie go fotografuje. W mroku rozpaczy tli się maleńkie światło. Czy to wystarczy, by życie się odrodziło w tej smutnej, niszczącej samą siebie kobiecie?

Irena, siostra Anny, z kolei stara się o nią walczyć, pisze rozpaczliwe maile, jest uparta, chce odzyskać kontakt, chce rozmawiać. Jest starsza, bardziej doświadczona, swoje już przeżyła i… przetrwała. Ich więź jest jednak coraz słabsza, coraz cieńsza i coraz bardziej mroczna. Wszystko skomplikuje się, gdy Irena postanowi odwiedzić Annę w Ísafjörður, wejdzie w jej kruchą przestrzeń, niechcący otworzy stare i całkiem nowe rany. Irena poszukuje u siostry przebaczenia, zrozumienia, wyjaśnienia. Nie wiadomo jednak, czy jest to możliwe.

Poza tym jest jeszcze ich matka. Sprawczyni przemocy, osoba bez imienia, która w końcu je odzyskuje i może część historii opowiedzieć wreszcie własnymi słowami. Czasem jest jednak za późno – nawet na prawdę. Czy ta prawda da radę kogokolwiek wyzwolić?

W tej książce, wbrew pozorom, nie sama historia pokoleniowej przemocy w rodzinie robi największe wrażenie. Przyznam jednak, że czytanie opisu kolejnych krzywd, których doznały Anna i Irena było chwilami nie do zniesienia. Przy niektórych scenach musiałam przerwać lekturę. To nie jest książka łatwa w odbiorze, dotyka w nas samych mrocznych miejsc. Ale warto po nią sięgnąć. Bo pod okrucieństwem znajdziemy okruchy współczucia. I smutek, który jest tak potrzebny w procesie przeżywania straty.

Największe jednak wrażenie robi to, jak ta historia została opowiedziana. Oszczędne zdania, krótkie, niemal pozbawione emocji dialogi, a pod nimi buzujące piekło. Drobiazgowe opisy przestrzeni i sytuacji podkreślają wrażenie, jakbyśmy byli świadkami projekcji filmu dokumentalnego. Jeśli taki film miałby powstać, to byłby czarno-biały, hipnotyzujący długimi ujęciami, pełnymi łomoczących w strachu dziecięcych serc i potem szarpiący nerwy widza krótkimi, urywanymi, pełnymi wzburzonych uczuć sekwencjami, gdy bohaterki nie radzą sobie ze sobą, ze światem, gdy pragną zniknąć albo zranić nawet tych, których kochają, ponieważ inaczej już nie potrafią. Nie chciałabym jednak zdradzać zakończenia. Dość powiedzieć, że ja je odczytuję jako otwarte. Zapewne znajdziecie własną interpretację.

Wszystko jednak – historia, język, sposób opowiadania – sprawiają, że trudno się od „Winnych” oderwać. Trzeba wrócić, choć jest niełatwo i dowiedzieć się więcej o historii Anny, Ireny i Barbary. Ja odłożyłam książkę o drugiej w nocy.

Książkę znajdziecie – TU.

Olga Szelc

Opublikowany w: