Blizny nasze powszednie

1036

Bohater powieści „Blizna” autorstwa Auður Avy Ólafsdóttir ma dość typowe problemy: dopadł go kryzys wieku średniego, od lat nie uprawiał seksu ani się w nikim nie zakochał, ciągle rozmyśla o rozwodzie i o tym, co się mu nie udało, tęskni za dorosłą już córką (która, jak się okazuje, nie jest jego biologicznym dzieckiem). Wyremontował już „pięć kuchni, przełożył kafelki w siedmiu łazienkach”, a jednak dręczy go smutek, samotność i nie widzi dalej sensu własnego życia. Miał pisać książki, ale zapisał tylko kilka starych zeszytów, gdy był jeszcze młodym chłopakiem. Próbował studiować filozofię, ale ostatecznie prowadzi sklep z narzędziami. Uważa, że poniósł porażkę. Czuje się niepotrzebny i nierozumiany. 
Dręczy go wiele pytań.

„Czy świat za mną zatęskni? Nie.
Czy świat beze mnie będzie uboższy? Nie.
Czy świat da sobie radę beze mnie? Tak.
Czy świat jest lepszy teraz, kiedy ja się na nim zjawiłem? Nie. 
Co zrobiłem, aby go poprawić? Nic”.

Jonas Ebeneser jest człowiekiem wrażliwym. Analizuje na tysiące sposobów swoje życie, nie zauważając przy okazji, jak jest w gruncie rzeczy stabilne. Ma gdzie mieszkać, ma co jeść, fizycznie właściwie nic mu nie zagraża. A jednak nie potrafi znaleźć celu. Jego smutek jest szary, przygnębiający i bezkresny. Natomiast dość racjonalnie (jakkolwiek to upiornie brzmi) rozmyśla nad tym, jak popełnić samobójstwo – jego zdaniem jedyne wyjście z tej sytuacji. Postanawia, że może w takim razie pożyczy broń od sąsiada, Svana. Właściwie jedynego człowieka, z którym przebywa i rozmawia.

„Idę w dół ulicą Skothusvegur i zastanawiam się, jak zachowuje się człowiek, pożyczający sztucer myśliwski od sąsiada? Czy broń pożycza się tak samo jak przedłużacz? […]
Co innego można zastrzelić w maju poza samym sobą?”.

Oprócz zastrzelenia się, rozważa też powieszenie się we własnym domu, ale wtedy przychodzi mu na myśl, że przecież mogłaby go znaleźć córka i przeżyć szok. A Jonas chciałby odejść z tego świata, nie sprawiając nikomu kłopotu, podobnie jak nie sprawiał go całym swoim życiem, starając się żyć nieco z boku, bez zbędnych kontrowersji, ale i bez sukcesów. Zastanawia się również nad napisaniem listu, odwiedza matkę w domu opieki, żeby się pożegnać, notując przy okazji nieco sarkastycznie, że „droga do domu opieki prowadzi przez cmentarz”. Matka Jonasa jest osobą z otępieniem, czasem jednak wyraża bardzo trafne konkluzje. Między innymi, choć niby oderwana od rzeczywistości – być może w związku ze swoimi poprzednimi zainteresowaniami – widzi więcej i dalej niż on.

„Odkąd twoje ciało opuściło moje łono, na świecie stoczono pięćset sześćdziesiąt wojen – dobiega głos z fotela. […]
– Jestem nieszczęśliwy – oznajmiam.
Klepie mnie po dłoni.
– Wojna wisi nad nami wszystkimi […]”.

Ten fragment przypomniał mi rozmowę sprzed ponad trzech miesięcy, gdy pandemia była gdzieś daleko. Powiedziałam wtedy mojej przyjaciółce, że mamy szczęście, żyjemy w miejscu, gdzie od niemal dwóch pokoleń (my i nasze dzieci) nie było wojny, a ona odpowiedziała – wojny są cały czas. Tylko gdzie indziej. Wtedy ich nie widzimy. A ja pomyślałam: A może nie chcemy ich widzieć?

Często jesteśmy tacy, jak Jonas. Żyjemy w dość wygodnie urządzonym społeczeństwie i wydaje się nam, że jest to dane raz na zawsze. I kiedy Jonas spotyka się z tą prawdą, gdy jego życie się rozpada, gdy to, co pewne, to jedynie niepewność, postanawia umrzeć w dalekim kraju, w którym dopiero co skończyła się wojna. Wyrusza w podróż, z której nie zamierza wracać. Zabiera ze sobą w walizce wiertarkę. Jego tymczasowy cel to powieszenie się w hotelowym pokoju na solidnym haku. Wyznacza sobie czas na wykonanie zadania – tydzień. Póki co, udaje zwiedzającego zrujnowane miasto turystę, w co większość spotkanych przez niego ludzi nie wierzy. Poznaje Maj i jej syna Adama, który urodził się w piwnicy podczas działań wojennych, i Fifi, jej brata, z którym dziewczyna stara się prowadzić hotel. W nocy po przylocie Jonasowi śni się matka, radząca mu, aby zamiast umierać, porzucił siebie samego i stał się kimś innym. Następnego dnia Jonas naprawia w hotelowym pokoju drzwi od szafy i prysznic… A potem Maj prosi go o pomoc w renowacji kolejnego pokoju…

„Blizna” byłaby dość banalną historią o odnalezieniu siebie i odkupieniu przez pomoc innym, gdyby nie autoironiczny stosunek głównego bohatera do samego siebie i oszczędny, czasem oschły język, doprawiony szczyptą mrocznego poczucia humoru. 
Bohater nie jest jednoznaczny, bywa, że wzbudza sympatię, zasmuca, rozśmiesza, czasem irytuje. Nie nazwałby też siebie zapewne „bohaterem”. On jest „człowiekiem z torbą na narzędzia”. I gdy to zaczyna mu wystarczać, znajduje w sobie coś na kształt satysfakcji.

Dla mnie „Blizna” to opowieść o znudzeniu światem i niedostrzeganiu, że poza nami samymi jest w nim dużo więcej: emocji, piękna, życia, nawet tam, a może zwłaszcza tam, gdzie żniwo zbierają cierpienie i śmierć. To historia także o tym, że istnienie nie kończy się na granicy naszej skóry i naszego osobistego cierpienia. Nie jesteśmy wyjątkowi, wszyscy jesteśmy do siebie podobni zarówno w radości, jak i w bólu. Wszyscy nosimy blizny. Ważne jest jednak to, co z nimi zrobimy.

Olga Szelc

„Blizna” została wydana w „Serii Dzieł Pisarzy Skandynawskich”
Wydawnictwo Poznańskie
Tłumaczenie: Jacek Godek
Data premiery: 6 maja 2020
Książkę znajdziecie TU.

Opublikowany w: