Dzień 4. Cześć, nazywam się wiatr, jak leci? (Dyrholaey, Vik)

1118

Mimo, że nie kręcimy tego dnia wielu kilometrów, to obfituje on w wiele atrakcji. Cały dzień świeci słońce, niebo jest niemal czyste od chmur. Ogarniamy się i wyjeżdżamy dopiero po południu. Wystarcza krótki postój by napompować koła na rozgrzanej jezdni, by wszystko było upaćkane w roztopionym, klejącym się asfalcie. Ręce, kierownica, pedały, rama, sakwy, a co najgorsze nowa kurtka, której nie da się doprać. Przez kilka kolejnych dni wszystko się do tego lepi, co jest bardzo wkurzające. Dojeżdżając do Dyrholaey mijamy Jean Baptiste, rozmawiamy chwilę, śmiejemy się. Umawiamy się na kolejne spotkanie, ale w razie czego już teraz podarowaliśmy mu setkę polskiej żubrówki. Mijamy jeszcze osobno dziewczynę z dredami, którą spotykamy w Skaftafell 2 dni później, oraz gościa z bobrzymi zębami, którego spotkamy za kilka godzin w Vik. Zepsuje mu się rower. Podejmę bezskuteczną próbę naprawy, gość wróci do najbliższego mechanika do Selfoss.

fot. facebook/aroundiceland2012 - archiwum

Na Dyrholaey spotyka nas miła niespodzianka: „Bartek i Monika, okrążacie Islandię na rowerach? Czytaliśmy o was na informacje.is”. Laura i Roman zapraszają nas do siebie, w rezultacie zostajemy na noc. Pyszny, gorący obiad, porządny prysznic, a wieczorem pogaduszki przy lampce wina serwowanym przez Aśkę. Nie możemy odmówić zostania na noc. Przed snem wybieramy się na spacer po czarnej plaży w świetle księżyca w pełni. Pokój, jaki panuje w tym miejscu jest nie do opisania. Na dalszą drogę w podarku od Kamili dostajemy kawał upieczonej chałki (nie mogliśmy się oprzeć i zjedliśmy ją prawie od razu,była tak dobra). Za wszystkie dobrodziejstwa jeszcze raz serdecznie dziękujemy!

Co się tyczy Dyrholaey – koleś, który ponoć przeleciał samolotem przez ten otwór w skale, musiał być konkretnym wariatem. Na szczycie, skąd można podziwiać długą po horyzont linię brzegu, wieje tak silny wiatr, że można się na nim niemalże położyć. Mimo, że Pan Dancelli oparty jest o barierkę, wiatr i tak go przewraca, co skutkuje połamaniem się klamki hamulcowej przedniego hamulca. Działa, ale w każdej chwili może się rozpaść całkowicie.

Nie mamy zbyt dobrego dostępu do Internetu, a także czasu na pisanie relacji, dlatego pojawiają się one z takim opóźnieniem. W następnych odcinkach m.in. o noclegu na brzegu niesamowitej laguny lodowcowej, kolejnych przypadkowych spotkaniach z rowerzystami oraz kolejnej wizycie u Polaków.

Opublikowany w: