Hubert Klimko- Dobrzaniecki “Kołysanka dla wisielca”

1249

Na Islandii byłam tylko raz na jedynie trzy tygodnie, ale dzięki tej wyprawie jestem zafascynowana tym krajem i z wielką przyjemnością czytam, słucham i oglądam wszystko co jest związane z wyspą. Dzięki mojemu zamiłowaniu natrafiłam na książę Pana Huberta pt. “Kołysanka dla wisielca”. Czytałam już wcześniej jego dwie inne nowele, ale nie zrobiły na mnie takiego wrażenia jak ta. Książka ma niecałe sto stron, a zawiera więcej wątków, niż niejedna kilkusetstronicowa powieść. 

Płynność ich przenikania, barwność opisów i zaskakujące jak we śnie przygody czynią z książki nietuzinkową kołysankę, którą nie jeden niespokojny duch z całą pewnością się zachwyci.
Opowiada ona o przygodach trzech artystów mieszkających na Islandii, których łączy niezwykła przyjaźń, pełna zrozumienia i akceptacji. Wspólnie przekraczają granice ogólnoprzyjętej normalności, poszukując ładu w swoim niespokojnym życiu. Sielanka ta poprzeplatana jest tragediami i samotnością, z którą pomimo akceptacji bohaterowie się borykają. Zakończenie kołysanki wybudza czytelnika ze snu i nadaje jej nowe, nieznane wcześniej znaczenie.

To jest oczywiście subiektywna opinia, a nie recenzja, także jeżeli ma ktoś inne zdanie na temat tej książki, to z przyjemnością je przeczytam i podyskutuję.

“O czym jest ta książka? O czym jest ta piękna książka? (Musiałem dodać słowo, ba, samo się dodało). Ta piękna książka jest o miłości, przyjaźni, tęsknocie, marzeniach, szaleństwie… Mógłbym mnożyć takie tam staroświeckie słowa, słowa, które coraz rzadziej padają, wychodzą z obiegu – ot, niemodne słowa. Jeszcze jedno – próżno by ich szukać na tak zwanych kartach. Ze świecą by trzeba. W tej sadze (nie waham się użyć określenia – uprawomocnia mnie choćby miejsce akcji, losy Autora, “wymogi” gatunku, jego tradycja etc.) pojawiają się nieustannie i są najważniejsze. Determinują losy. Na dowód cytat: “[…] wszystko się spełnia, trzeba tylko bardzo chcieć i kochać […]”. Pierwszy raz od dawna, od bardzo, bardzo dawna, po lekturze poczułem słoność pod powiekami. Łzy. (Jeszcze jedno niemodne słowo). Panie Hubercie – takk fyrir…” Maciej Malicki.

Informację o książce nadesłała czytelniczka Ewa D.

Opublikowany w: