Przeklęta wyspa – recenzja powieści Einara Kárasona

2373

Oto Islandia nie ze snów, a raczej z koszmarów, choć przyprawionych poczuciem humoru. Witamy na wyspie diabła, gdzie łatwiej zarobić w zęby niż się dorobić!

Powieść „Wyspa diabła” Einara Kárasona z 1983 roku przeczytał co ósmy Islandczyk. Szybko zyskała miano kultowej. W Polsce pierwsze wydanie ukazało się w 1997 roku w przekładzie Jacka Godka.

Dlaczego powieść zyskała taką popularność na wyspie, a także poza nią?

Myślę, że jest to zasługa zmysłu obserwacyjnego pisarza, jego umiejętności takiego zbudowania postaci, że właściwie się je widzi i może nawet w niektórych przypadkach… czuje, oraz połączenia naturalizmu z gorzkim poczuciem humoru. Podczas czytania przypominały mi z jednej strony czeskie powieści i filmy, a z drugiej od razu stanął mi przed oczami włoski obraz z 1976 roku „Odrażający, brudni, źli”. Film ukazuje codzienność rodziny żyjącej w slumsach. Takie skojarzenia miałam jednak nie tylko dlatego, że w filmie i w książce mamy do czynienia z opowieścią o pewnym, dość specyficznym rodzie. Warto dodać, że „Wyspa diabła” także doczekała się filmowej i teatralnej adaptacji.

Oto lata 50. XX wieku i dzielnica Thulecamp w Reykjaviku. Ludzie tutaj żyjący nie przepadają za pracą, ale za to potrafią świetnie kombinować. Niektórzy z nich, jak mechanik samochodowy, który tak naprawdę nim nie jest, są nieuleczalnymi marzycielami. Dzieciństwo tutaj jest krótkie, ale za to intensywne. Niektórzy mają szaleństwo we krwi. Nad biedą króluje Stary Dom, siedziba roku Thomassonów, na którego czele stoi uparta wróżka Karolina. Podobnie jak we włoskim filmie, tak i tutaj pojawia się moment przełomowy. Tam głowa rodu zdobędzie odszkodowanie, które stanie się przedmiotem pożądania całej rodziny, zapoczątkowując serię zdarzeń. W „Wyspie diabła” córka Karoliny, Gogo, wychodzi za mąż za Amerykanina, co pozwoli rodzinie nie tylko zbudować wreszcie porządny dom, ale także wznieść się do roli miejscowych autorytetów.

Thulecamp
„Baraki to były nadzwyczajne domy. Twierdzono, że są efektem wytężonej pracy najzdolniejszych architektów Europy. Tanie jak barszcz i łatwe do postawienia. Dwa półkoliste szczyty z drewna, między nimi wyściełany blachą falistą szkielet. Wewnątrz podłoga z desek ułożona na polodowcowej glebie Reykjaviku. Piec węglowy, z którego wychodził komin, a raczej rura”.

Tak właśnie wyglądała zakazana dzielnica, która wyrosła wokół bazy wojskowej, a potem, gdy Amerykanie już odeszli z Islandii, także zaczęła powstawać w opuszczonym obozie. Ponieważ pracę w czasie wojny można było głównie dostać właśnie przy stawianiu baraków, strumień ludności przybywał do Thulecampu i już zostawał, tworząc swoistą społeczność, która na początku gnieździła się w lepiankach i ziemiankach. Dziś o trudnych warunkach, w jakich żyli wówczas Islandczycy, czytamy ze zdumieniem. Przed oczami mamy bowiem Islandię zasobną, nowoczesną, a tymczasem w czasie II wojny światowej i tuż po był to kraj biedny, w którym nierzadko przymierało się głodem. Stacjonująca armia oznaczała pracę, jedzenie oraz… czego nie kryje autor, rozrywki, używki i rozliczne romanse „dam z lepianek”. Powojenne lata spowodowały również napływ amerykańskich przedsiębiorców, wśród których pojawił się także mąż Gogo, córki wróżki Karoliny.

Siła opowieści
Nie bez znaczenia jest fakt, że na Islandii chętnie opowiada się i słucha o rodzinie, a poszukiwanie własnych korzeni jest często namiętnością mieszkańców wyspy. Podstawą tych opowieści są oczywiście sagi. O rodzinie także opowiada Einar Kárason, choć bynajmniej nie jest to rodzina wzorcowa. Nie, to są prawdziwi ludzi z całą gamą wad i dysfunkcji. I chociaż często robią rzeczy okropne, to czytelnik czuje do nich sporo sympatii. Pewnie dlatego, że chociaż czasami podejmują najgłupsze z możliwych decyzji i bez przerwy pakują się w jakieś problemy, wciąż towarzyszy im szorstka czułość narratora. On im nie współczuje. Współczucie byłoby rodzajem litości. On ich po prostu rozumie.

Pewnie, gdybyśmy dziś przenieśli się w czasie i weszli pomiędzy baraki Thulecampu, wrócilibyśmy z podbitym okiem i bez portfela. Złorzeczylibyśmy na czym świat stoi. I zażądali interwencji policji.

Ale to tylko jedna strona medalu. Pod anegdotycznymi opisami bijatyk, burd i zakrapianych imprez, odnajdujemy także opowieść o biedzie, chorobach i wykluczeniu, z którymi wówczas, w latach 50. nie bardzo sobie radzą porządni obywatele z innych dzielnic. Jedyne, co potrafią, to nasłać na Thulecamp policję, która – szczerze mówiąc – też nie za dobrze sobie z tym wszystkim radzi. Tu właśnie pojawia się to czeskie (islandzkie?) poczucie humoru. Bo gdyby tak na Islandii osadzić wojaka Szwejka, to… on by się prawdopodobnie w Thulecampie nieźle odnalazł.

Autor potrafi jednak problemy podać tak przewrotnie, że wciąż myli czytelnika i żongluje nie tylko klimatem opowieści, ale i naszymi emocjami. Gdy śledzimy perypetie Grety, żony kulomiota Hreggiego, to początkowo nas troszkę śmieszą. Co ona w zasadzie wyprawia? Ale w pewnym momencie orientujemy się, że kobieta cierpi na poważną chorobę psychiczną, a jej mąż, choć sportowiec, jest regularnym alkoholikiem. Śmiech nagle zamiera w gardle. I widzimy, że pomimo wszystko są oni po prostu walczącymi o przetrwanie ludźmi, który los rzucił w niewyobrażalnie trudne warunki. Czy pisarz ich usprawiedliwia? Nie. Czy ich kocha? Tak.

Najbardziej zapadły mi w pamięć dwie historie. Tragiczna opowieść o Thorgunnie, chorowitej wdowie z czwórką dzieci, która mieszkała w zimnym, przeciekającym baraku. Jej mąż był może tym z 230 rybaków, którzy zginęli na morzu w czasie wojny. Jej dzieci wychowywała ulica i obu synów spotkał dość podły los. Nie chcę zdradzać zbyt wiele, ale był moment, gdy nad jednym z jej synów płakałam. Z drugiej strony mamy opowieść o powstaniu klubu piłkarskiego, wokół którego zbudowała się cała wspierająca małych piłkarzy wspólnota. Bo „Wyspa diabła” to także historie o przyjaźni, miłości, namiętności, zdradach, kłamstwach, wzajemnej pomocy, współczuciu i śmierci. O życiu, które było trudne, lecz uparte. Jak roślinność na Islandii, wykorzystująca każdą sposobność, by się rozwinąć w tych warunkach.

Takich historii jest w książce wiele. Właściwie cała składa się ze smakowitych anegdot, wzruszających fragmentów, w których nieraz odnajdziecie igiełki piekielnego humoru, sugestywnych obrazów i doskonałych dialogów. W polskiej wersji na pewno znaczenie w odbiorze powieści ma znakomite tłumaczenie Jacka Godka, który – jak donosi wydawnictwo Marpress – pracuje nad kolejnymi dwiema częściami trylogii.

Jeśli jesteście wielbicielami Islandii i chcecie o niej wiedzieć więcej, uszczknąć troszkę islandzkiej duszy, to tę książkę koniecznie musicie przeczytać. Ja już nie mogę się doczekać kolejnych części opowieści o rodzie Thomassonów.

Olga Szelc

Opublikowany w: