Zostanie tylko wiatr – część I – relacja ze spotkania z Piotrem Mikołajczakiem we Wrocławiu

797

Część pierwsza

Listopad, biblioteka turystyczna i ciekawy wieczór poświęcony islandzkim Fiordom Zachodnim. We Wrocławiu, mieście partnerskim Reykjaviku, czytelnicy spotkali się z Piotrem Mikołajczakiem, połową duetu pisarskiego, tworzącego stronę IceStory.pl.
Drugą połową jest Berenika Lenard. Na spotkanie przybyło wielu wrocławian, zainteresowanych podróżami i Islandią. Prowadziła je Marzena Karwowska, kierowniczka biblioteki turystycznej.

Marzena Karwowska: Islandia to taki kraj, który jednocześnie wydaje się nam odległy i bliski. Piotrze, dlaczego właśnie Islandia?

Piotr Mikołajczak: Z miłości. Wszystko zaczęło się od Bereniki, której jeszcze wtedy nie znałem. Ona wybrała się na Islandię jako pierwsza, siedem lat temu. Wyjechała na wolontariat wytyczać szlaki turystyczne. Berenika wróciła do Polski z przeświadczeniem, że ten kraj ją w pewnym sensie pokonał. Wróciła więc w 2013 roku by zmierzyć się z nim jeszcze raz i wywalczyła sobie wszystko samodzielnie. Mieszkała przez rok na najbardziej wietrznym islandzkim archipelagu – Vestmannaeyjar, mierzącym zaledwie 13 kilometrów kwadratowych, później przeniosła się do Grundarfjörður, niewielkiej miejscowości leżącej na półwyspie Snæfellsnes. Ja w tym czasie mieszkałem w Norwegii, skąd w 2013 roku pojechałem na kilkudniową wycieczkę na Islandię. Momentalnie zakochałem się w wyspie, a w 2015 roku w Berenice (śmiech), wcześniej trafiając na jej, nieistniejącego już, bloga. Od dziecka kochałem rozległe pejzaże nawet nie zdając sobie sprawy, że na Islandii mogę je odnaleźć. Marzyłem też o tym, aby pojechać do Norwegii. Słuchałem wówczas sporo black metalu, więc w duszy grało mi wiele północnych dźwięków. Na Islandię trafiłem bo najwyraźniej potrzebowałem tej przestrzeni i pustki. Często dopasowujemy krajobrazy do tego, co czujemy, a czuliśmy się wtedy nie najlepiej w swoich skórach. A ponieważ dwa minusy dają plus, tak się też na tej Islandii spotkaliśmy z Bereniką. Wspólne życie na wyspie dało nam siłę, zbudowało od nowa nasze poczucie wartości, stało się inspiracją do dalszych działań.
Pamiętam, że przyleciałem na wyspę 18 października, był wietrzny, deszczowy dzień, a ja byłem szczęśliwy, że taka właśnie pogoda mi się przytrafiła. Berenika powiedziała wtedy – zobaczymy, czy będziesz tę pogodę tak kochać za jakiś czas. Okazało się, że Islandia na wstępie podarowała mi dziewięć dni sztormu. Wtedy, chociaż to było trudne doświadczenie, zrozumiałem, że na tamtą chwilę Islandia to miejsce, w którym chcę mieszkać i żyć. Jednak życie to ciągła ewolucja, zmiana i dzisiaj sytuacja wygląda inaczej. Pod koniec roku wracamy z Bereniką z emigracji do kraju. Wylatujemy z wyspy 23 grudnia.

Islandczycy są uważani za jeden z najszczęśliwszych narodów na świecie. Mimo tego że warunki są tu trudne, a krajobraz prawdziwie księżycowy. Jest nawet takie powiedzenie, że „jak się zgubisz w islandzkim lesie, to wystarczy wstać”…

To jest chyba najbardziej znany dowcip o Islandii, podobnie jak ten o jedzących z ręki norweskich fiordach. Wiele osób, które tam mieszkają, nie znoszą tego kawału. Wyspę niemal w połowie porastały kiedyś lasy. Pierwsi osadnicy, a później ich potomkowie przez wieki wykarczowali jednak prawie wszystko. Islandczycy byli jednym z najbiedniejszych narodów Europy, więc duże ilości drewna były im potrzebne jako budulec i opał, ponadto wykarczowane tereny służyły świetnie jako nowe pastwiska. Musimy też pamiętać, że w dawnych wiekach panowała niska świadomość ekologiczna i takie pojęcia jak deforestacja nie istniały. Obecnie trwa intensywne zalesianie wyspy. Islandczycy bardzo o to dbają i około 5% powierzchni kraju jest już zalesione. W porównaniu do Finlandii, gdzie lasy stanowią około 75% powierzchni, to naprawdę kropla w morzu.

Polacy to na Islandii największa grupa emigrantów. Jak wygląda ich sytuacja?

Jest nas na wyspie ponad 20 tysięcy i jest to bardzo różnorodna grupa. Islandczyków jest ponad 300 tysięcy. Mieszkańców ogółem, wliczając przyjezdnych, jakieś 358 tysięcy. W jednej z restauracji w Akureyri jest zabawny licznik, w którym albo się dodaje liczbę mieszkańców, albo odejmuje. Śmieją się tam, że mniej więcej wtedy wiadomo, ile jest osób na wyspie. Polacy to zdecydowanie największa grupa osiedlających się na Islandii. Podobno istnieje zapis w Konstytucji, że jeżeli jako grupa emigrantów przekroczymy jakiś określony procent ogółu społeczeństwa, to trzeba będzie wprowadzić na Islandii język polski jako urzędowy. Wyobraźcie sobie, jak to otworzy furtkę następnym ludziom, którzy zechcą tam przyjechać. Tu dodam, że większość mieszkających na wyspie Polaków jest temu stanowczo przeciwna, nie uważają tego za potrzebne. Istnieje obawa, że wtedy Islandczycy mogliby nas, delikatnie mówiąc, mniej lubić. W samym Reykjaviku mieszka ponad 200 narodowości, ale język polski usłyszymy dosłownie wszędzie: w hotelach, w restauracjach, na lotnisku. Oczywiście, nasi rodacy pracują nie tylko w usługach. Jest coraz więcej lekarzy, urzędników, nauczycieli. Można powiedzieć, że obsługujemy Islandię. Bez nas byłoby temu krajowi o wiele, wiele trudniej, bo stanowimy naprawdę ważne ogniwo w tym wielonarodowościowym łańcuchu ciągnącym gospodarkę.
Często słyszy się, że Islandczycy są bardzo otwarci. I tak jest w większej części. Jednak, jak każdy naród, zdarzają się też nacjonaliści. Dotyczy to, mam wrażenie, w większości starszego pokolenia. Tylko to wygląda inaczej niż w Polsce. Islandia nie jest tak podzielona na „lewicę” i „prawicę” jak Polska. Jej mieszkańcy mają trochę inne podejście. Mniej się przejmują, mniej stresują, mniej denerwują. Nie tworzą tak silnych podziałów. Jesteśmy w związku z tym z Bereniką ciekawi, jak się odnajdziemy teraz w Polsce. Na przykład w tym, co się dzieje na drogach. My jesteśmy przyzwyczajeni do takiego bezstresowego życia i jazdy (śmiech). Tam każdy sobie jedzie powoli, niewiele słychać klaksonów, chociaż czasem zapomina się włączyć kierunkowskazu, a sami wiemy, co się dzieje na ulicach w Warszawie, Gdańsku czy Wrocławiu. Poza tym Islandczycy mówią tak: jak byliśmy w Polsce, to zauważyliśmy, że waszą cechą charakterystyczną jest tzw. polish face, co oznacza brak uśmiechu, bycie ponurym. W Islandii ludzie są dla siebie serdeczniejsi. Uśmiechają się do siebie częściej niż u nas, nawet nieznajomi na ulicy.

A rzeczywiście Islandczycy nie zamykają drzwi w swoich domach?

Teraz już raczej zamykają. Częściej niż kiedyś zdarzają się włamania… My też zostaliśmy okradzeni w 2018 roku. Mieszkaliśmy wtedy w dzielnicy Reykjavik 101, a okazało się, że wszystkich naszych sąsiadów i nas również okradziono. Straciliśmy dużo sprzętu i książkę, którą wtedy pisaliśmy. Nie zarchiwizowaliśmy materiałów w chmurze. To było bardzo przykre doświadczenie i duża strata. Złodzieje zabrali nawet wódkę z lodówki. Potem jeden ze skradzionych komputerów „odezwał się” w Polsce. Jednak mamy też pozytywne wspomnienia. W Grundarfjörður w ogóle nikt nie zamykał drzwi. Zdarzało się, że pojechaliśmy gdzieś na dwa tygodnie, a listonosz wchodził, zostawiał nam listy na stole i kartkę „chcecie płaszczkę czy dorsza na święta?”. Tak jest chyba nadal w małych islandzkich wioskach. W Reykjaviku to już historia.

Islandczycy bardzo lubią sztukę i literaturę. Mówi się, że wolą żyć boso, ale z książką.

Muszę cię troszkę rozczarować. To też jest pewien mit. Na wyspie pracowałem w sklepie „Dobry Pasterz”, to taki ogromny “secondhand”. Tam przyjeżdża codziennie kilka kontenerów rzeczy, których ludzie już nie potrzebują. Są tam także książki i płyty w ogromnych ilościach. Wyobraźcie sobie, że pewnego dnia znaleziono wśród tysięcy winyli, płytę „The Beatles” ze wszystkimi podpisami. Pewnie umarł jakiś kolekcjoner i rodzina po prostu oddała jego rzeczy nie patrząc, jakie skarby ten człowiek zgromadził za życia.
To prawda, że Islandczycy obdarowują się książkami na święta Bożego Narodzenia, ale, jak pisał chyba Hubert Klimko – Dobrzaniecki, dostajesz taki prezent z paragonem. Dzięki temu, gdy się nie spodoba, można go oddać i zamiast książki mieć pieniądze, coś innego. Podobno sporo ludzi oddaje książki po świętach. Bardzo dużo z nich trafia właśnie do “Dobrego pasterza”. Nie należy więc Islandii w tej kwestii idealizować.
Jak już wcześniej wspomniałem, Islandczycy są narodem uśmiechniętym i życzliwym, ale część z nich stała się zbyt chciwa. Nie ma nic złego w chęci zarabiania na turystyce, wiedząc, że ma się doskonały towar do sprzedania, ale ceny powalają i ciągle rosną. Mam też wrażenie, że my sami nie umiemy docenić tego, co mamy w Polsce. Islandczycy, którzy nas odwiedzają, są często zachwyceni. Podziwiają przyrodę, lasy, architekturę. My tego czasami nie dostrzegamy, traktujemy jako zwyczajną rzecz. Podobnie dzieje się z Islandczykami. Dobrym przykładem może być zorza. Gdy widzisz ją po raz pierwszy – wpadasz w zachwyt, to zrozumiałe. Ale, gdy widzisz ją codziennie za oknem w kuchni, w salonie, w ubikacji? Po prostu przestajesz zauważać, bo ta zielona plama na niebie staje się częścią krajobrazu, zjawiskiem, które pojawia się w określonej porze roku. Zorza to oczywiście piękne zjawisko, ale warto też pamiętać, że są inne, równie piękne co groźne. Życie Islandczyków jest zdecydowanie zdeterminowane przez surową naturę. Przykładem może być rozdział książki, w którym pisaliśmy o lawinie we Flateyri. W tym tragicznym zdarzeniu zginęło 20 osób. Jest w tym rozdziale wiele smutku i wiele emocji. Gdy spotkaliśmy się z bohaterką rozdziału, Sóley, zobaczyliśmy, z jak ogromną traumą musiała się zmagać. Jej książka, jej świadectwo, sprawiły jednak, że dziś służby islandzkie pracują lepiej.

Islandia to oczywiście także wulkany, których erupcje wpływały na życie nie tylko mieszkańców wyspy. Niestety to, co może niedługo nastąpić, może przypominać sytuację przed rewolucją francuską, gdy po wybuchu wulkanu Laki wiatr przywiał nad Europę pył wulkaniczny, który zasłonił słońce na długie miesiące. Wtedy też zapanował głód i niepokoje społeczne. Islandczycy znają te historie bardzo dobrze, żyjąc na wulkanicznej wyspie. Czasem po erupcji wulkanu, niemal na całej wyspie wymierało bydło. Bywało, że Islandczycy musieli się przenosić do innych krajów, bo nie dało się już żyć w północno-wschodnich częściach wyspy. Duża część wyspiarzy wyemigrowała na przykład do Kanady. Pisze się sporo książek o takich wydarzeniach, o historii rodzin, bo Islandczycy uwielbiają opowieści o swoich korzeniach. Wystarczy zajrzeć do sag, żeby wiedzieć, że takie historie mają we krwi od stuleci (śmiech).
Dlatego też na ludzkich opowieściach, prawdziwych historiach, postanowiliśmy oprzeć naszą książkę. „Zostanie tylko wiatr. Fiordy Zachodniej Islandii” to specyficzne sagi o spotkanych przez nas Islandczykach.

A która z historii była dla Was najtrudniejsza? Którą najlepiej zapamiętaliście?

Zdecydowanie najtrudniejsza była ta o lawinie. To Berenika pisała ten rozdział, pamiętam dokładnie, gdy przyszła do mnie ze łzami w oczach oznajmiając, że skończyła. A potem, kiedy czytaliśmy już ten fragment po korekcie, obydwoje mieliśmy zamglone oczy. Natomiast nasze serca porwał zdecydowanie Gísli z Uppsölum. Człowiek, który tylko trzy razy w życiu opuścił swoją dolinę. Obiecał matce, że zawsze będzie tam mieszkał i opiekował się owcami. Matka zmarła, ale Gísli obietnicy dotrzymał. Mieszkając w swojej dolinie, przegapił pół wieku. Nie wiedział, co się dzieje na świecie, ponieważ skończyły się baterie w radio. Nie wiedział, że istnieją filmy, lodówki, telewizory i inne urządzenia, że Islandia rozwija się i jest coraz bardziej nowoczesna. Gísli stał się swoistym symbolem przejścia od Islandii biednej, zacofanej i ciemnej, do Islandii współczesnej, bogatej i cywilizowanej. Całe życie spędził na granicy tych dwóch światów. Używał w swoim gospodarstwie XIX-wiecznych narzędzi. Ale, gdy stał się już celebrytą i doprowadzono do niego prąd, dostał lodówkę, lampę i nowe radio, to bardzo się tym cieszył. Jedyną jego rolą w życiu była opieka nad owcami, a jego jedynym marzeniem – gra na organach. I wszystko, co mówił, wychodziło z głębi jego serca. Nie przejmował się konwenansami. Gísli z Uppsölum jest jedną z najbardziej barwnych postaci w książce i jednocześnie kluczem do poznania i zrozumienia innych jej bohaterów.

Relację ze spotkania spisała Olga Szelc

Zainteresowanym Islandią polecamy książki Bereniki Lenard i Piotra Mikołajczaka – Szepty kamieni oraz Zostanie tylko wiatr. Fiordy Zachodniej Islandii. Książki można kupić TU.

Zachęcamy także do zaglądania na stronę autorów IceStory.pl.

Opublikowany w: