Miejsca i ludzie – rozmowy z zwykłymi i niezwykłymi mieszkańcami Islandii

2225

Ingimara Magnussona poznałam w biegu, między jednym a drugim gesthousem. Opuszczałam właśnie nieprzyjazne miejsce, w którym właściciel przeklinał nordyckich bogów, że przyszło mu prowadzić dom gościnny w czasie pandemii. Zatrzymałam się na ulicy Gunnarsbraut, aby złapać oddech. Poczułam na sobie spojrzenie. Nie wiem, czy rozumiecie, co chcę powiedzieć. Poczułam, że ktoś się we mnie wpatruje. Spojrzenie było przychylne i radosne. Odwróciłam się. W oknie domu otoczonego drzewami jarzębiny stał wiking! Z całą pewnością był to człowiek Północy. Z jasnymi jak śnieg włosami, błękitnymi oczami i szerokim uśmiechem.
Czasem wystarczy kilka kroków, aby znaleźć się w innym, lepszym świecie. Lepszym nie dlatego, że luksusowym. Lepszym, ponieważ mieszkają w nim ludzie kierujący się przeczuciem, wrażliwi i serdeczni.
Tak poznałam dwóch braci, o których bardzo chętnie Wam opowiem. Dzisiaj zapraszam do rozmowy z jednym z nich – Ingimarem Magnussonem z Igdlo guesthause w Reykjaviku.

Magdalena Golon-Guzek: Witam cię w świecie po pandemii.

Ingimar Magnusson: Witam.

Magdalena: Jednym z efektów pandemii związanym z długą międzynarodową kwarantanną były „nowe miasta”, w których dzikie zwierzęta poczuły się bardzo swobodnie. Świat obiegły ujęcia małp kąpiących się w otwartych basenach, czy odwiedzających przydomowe ogródki niedźwiedzi. Lwy wylegiwały się na polu golfowym. Mniej popularne, ale równie ciekawe były zdjęcia roślin bujnie zarastających miejskie chodniki.
Część społeczeństwa zareagowała z entuzjazmem.
Moje pytanie brzmi: czy po pandemii wzrosła globalna świadomość dotycząca środowiska naturalnego?

Ingimar: Wydaje się, że tak. Pewnie dlatego, że zwolniliśmy tempo. Jest ciszej i spokojniej. Mamy czas, aby się rozejrzeć uważnie wokół, pomyśleć. Również dlatego, że nie sprzątamy ulic tak jak zwykle. Rośliny mają szansę wyrosnąć. Na ulicach jest pusto, więc zwierzęta przychodzą do miasta.

Magdalena: Wiem, że jesteś znawcą roślin i zwierząt, szczególnie tych występujących na Islandii. Twoja kolekcja książek i albumów robi wrażenie. Dlaczego fauna i flora? Nie ma ciekawszych tematów?

Ingimar: To wszystko jest żywe. Kultura społeczeństw jest ściśle związana z naturą. Zacząłem od uprawy ziemi, jako rolnik. To mnie zawsze interesowało. Biologia, geografia, historia, nauki przyrodnicze. Wszystko to związane jest z kulturą. Mechanika samochodowa mało mnie interesuje. Jesteśmy częścią natury, jesteśmy naturą. Nasze stopy zostawiają ślady.

Ingimar Magnusson z Igdlo guesthause w Reykjaviku

Magdalena: Szczególną uwagę poświęciłeś rodzimym gatunkom. Dlaczego?

Ingimar: Od zawsze byłem bardzo mocno związany z islandzką przyrodą. Także jako przewodnik. Musiałem nauczyć się, jak mówić o przyrodzie do ludzi z różnych krajów. Kiedy wyjeżdżałem za granicę byłem szczególnie zainteresowany przyrodą. Chodziłem do parków, do ogrodów, w te wszystkie miejsca, gdzie mogłem doświadczyć, jak zmienia się krajobraz i przyroda w zależności od kraju i kontynentu. Kiedy jesteś ogrodnikiem zauważasz, jak niektóre rośliny mogą być inwazyjne. To może być korzystne lub nie. Tak czy inaczej, ma to ogromny wpływ na otoczenie, zmienia jego charakter. Inwazyjne rośliny mogą zdominować rodzime gatunki, ale też okryć zielenią czarne pustynie, których jest wiele na Islandii.

Magdalena: Myślę, że flora Islandii jest bardzo specyficzna. Na czym to polega?

Ingimar: Jesteśmy w kręgu arktycznym. To, co tutaj rośnie, to gatunki arktyczne. Różnią się znacznie od tych, które występują w innych częściach świata. Wegetacja roślin jest bardzo krótka. Poza tym arktyczna flora i fauna przemieszcza się na północ z powodu ocieplenia klimatu. Trzeba nam wiedzieć, jak chronić rodzime gatunki.

Magdalena: Krążą plotki, że Islandia to kraj mięsożerców. Tymczasem ty pochylasz się nad porostem i zachęcasz, aby sprawdzić jak smakuje.

Ingimar: Z powodu krótkiej wegetacji roślin bardzo trudno wyhodować warzywa i owoce znane w innych, cieplejszych rejonach świata. Kiedyś były tutaj tylko jagody. Nie było żadnych innych dzikich warzyw czy owoców. Czynniki klimatyczne miały znaczny wpływ na uprawę warzyw czy owoców. Na szczęście jest ocean, który trzymał nas przy życiu na przestrzeni wieków. Klimat zmieniał się przez ostatnie 1200 lat. Było cieplej niż jest teraz aż do „małego zlodowacenia”, które trwało pomiędzy 1400 a 1850 rokiem. Dlatego ludzie, aby utrzymać się przy życiu, potrzebowali protein zwierzęcych. Naszym podstawowym pokarmem był suszony dorsz z domowym masłem z owczego mleka. Hangikjöt, czyli suszona jagnięcina była daniem świątecznym. Kiedy w ostatnim stuleciu klimat zaczął się zmieniać, mogliśmy zacząć myśleć o uprawie owoców i warzyw. Nasza wiedza wzrasta. Duńscy rolnicy uczą nas, co możemy uprawiać i jak wykorzystać energię geotermalną. Dzisiaj mamy szklarnie. Możemy hodować warzywa i owoce. Koszty są jednak wysokie. Sprowadzenie konstrukcji i szkła na wyspę, aby zbudować duże szklarnie, jest kłopotliwe. Jak już mówiłem, jesteśmy ludźmi oceanu. Nasi przodkowie sześć dni w tygodniu spędzali na oceanie, aby zdobyć pożywienie. To opowieść o tym, jak ocean uformował naszą nację. Tak było od czasów średniowiecza i pozostało do dziś. Kiedy Islandia miała króla (król Islandii był Duńczykiem), wysyłała w świat ogromne ilości suszonych ryb. Islandia, Norwegia i Dania utworzyły unię wspomagających się państw. Kwitł handel wymienny. Islandczycy wysyłali mięso, w zamian dostawali kawę, owoce, przyprawy, koper ogrodowy (bardzo popularny w tamtych czasach).

Magdalena: Wiele osób twierdzi, że byliście pod okupacją duńską. Nie było tak?

Ingimar: Cóż… Niektórzy tak twierdzą. Szczególne pretensje do wyspy roszczą sobie dominujące rody. Istniały z dawien dawna rodziny, tak zwane „rody”, które rywalizowały o władzę. Oni wywoływali konflikty. Tak naprawdę Dania nie była okupantem, ale sojusznikiem. Zresztą władza w tamtych czasach miała znaczenie umowne. Król był Duńczykiem, jednak wykonawcą jego władzy na Islandii był ktoś inny. Wracając do tematu, Duńczycy docenili nasze produkty i wysyłali je w świat. Twierdzili nawet, że tylko Islandczycy potrafią tak dobrze suszyć mięso. Nie używaliśmy soli, jak robili to Norwegowie. Mieliśmy własną recepturę. Wiatr, zioła i specyficzny klimat. Przekładało się to na jakość.

Magdalena: Twoją specjalizacją jest roślinność w mieście. Czy dobrze pamiętam?

Ingimar: To ciekawy temat. Jak hodować rośliny w miejscu, które nie jest do tego przystosowane. Nie mamy zbyt wiele przestrzeni. Trzeba szukać i kombinować, jak sobie poradzić. Dlatego powstają zielone dachy, a nawet zielone ściany. Warto wykorzystać każdą przestrzeń. Coraz więcej jest w mieście ludzi, którzy mają „zielone ręce”, naturalną zdolność do uprawy roślin i potrafią uprawiać je w samym centrum miasta. Pomagają innym wyhodować własną żywność. Ciekawym zjawiskiem są niewielkie wspólnoty zajmujące się hodowlą warzyw i owoców w samym centrum miasta.

Na Islandii mamy swój gatunek czarnego bzu, tzw. bez koralowy (Sambucus racemosa), z którego powstaje alkohol sambuca. Ma ziołowy posmak. Smakuje nieco inaczej niż włoski likier. W szklarniach na Islandii rosną też jabłonie i czereśnie. Z warzyw popularne są pomidory.

Magdalena: Razem z bratem Fridrikiem prowadzicie dom gościnny Igdlo guesthause w samym centrum Reykjaviku. Miejsce charakteryzuje świadome i lojalne podejście do środowiska naturalnego.
Mnie urzekł pomysł, aby dzielić się jedzeniem. Są do tego specjalnie przeznaczone lodówki i szafki, w których można zostawiać jedzenie. Można je także z takiej szafki czy lodówki wziąć. To lojalna wymiana produktów. Nic się nie marnuje.

Brat Ingimara Magnussona, Fridrik z Igdlo guesthause w Reykjaviku

Podobnie w łazienkach gości można podzielić się kosmetykami. „Zostaw lub weź darmowe kosmetyki” – taki napis znalazłam w każdej łazience. Są do tego specjalnie przeznaczone koszyki i półki. Skąd ten pomysł?

Ingimar: Pomysł przychodził do mnie powoli. Wiele podróżowałem. Widziałem coś podobnego, zapamiętałem ideę. Myślałem o tym, jak to zrobić. Siedem lat temu gościliśmy osobę z Australii. Okazało się, że ona właśnie robi coś takiego u siebie w kraju. Przegadaliśmy na ten temat sporo czasu. Pomysł się wyklarował. Takich wyjątkowych ludzi było u nas więcej. Spędziliśmy razem wspaniałe chwile. W naszym domu gościnnym pracowali zawsze świetni, młodzi ludzie. Rozumieli tę potrzebę. Udało się wprowadzić w życie pomysł, który wydawał się wtedy bardzo awangardowy. Dzisiaj spełnia swoją rolę.

Magdalena: Roślinność wokół Igdlo guesthouse to starannie posadzone kwiaty i krzewy. Przed domem królują jarzębiny. Jednak mnie interesuje „diabelski kociołek” za domem. Co tam się właściwie dzieje?

Ingimar: Miałem kilka pomysłów, co zrobić za domem. Japoński ogród z kamieniami i oczkiem wodnym, czy dziki ogród. Próbowałem zorganizować też miejsce do medytacji. Goście jednak woleli odpoczynek przed domem. Więc tak to wygląda teraz. Kolorowe kwiaty i drzewa przed domem, a z tyłu chaos i dziki ogród. Idea dzikiego ogrodu odpowiada mi. Mogę obserwować, jak rośliny rosną razem, które są bardziej inwazyjne, ile zajmują przestrzeni. Wszystkie mogą swobodnie rosnąć. Niektóre dają przestrzeń innym roślinom, co bardzo dobrze widać. Twoje pytanie dotyczy pewnie także tego urządzenia, które służy do kompostowania odpadów. Po islandzku brzmi „moltu tunna”. To nowy wyraz, bo i urządzenie jest stosunkowo nowe. Inaczej „beczka na kompost”. Kręci się wokół własnej osi i ma dopływ powietrza. Bardzo praktyczne w centrum miasta.

Magdalena: Dziękuję za rozmowę Ingimar. To bardzo interesujące!

Magdalena Golon-Guzek
Reykjavik, 2020

Opublikowany w: