25.08.12 – Nieistniejącą ścieżką do istniejącej chatki – Iceland Adventure 2012

953

Obudziłem się przed 7:00. Nikt mi nie przeszkadzał przez całą noc więc całkiem nieźle się na tym chórze wyspałem 😛 Zabrałem się za przepakowywanie. Wracam do kościoła za 3 dni, więc nie ma sensu zabierać z sobą wszystkiego. Nieco zaskakująco udało mi się wypakować całkiem sporo rzeczy – mam dużo za dużo jedzenia, zostawiłem też brudy, mapy,
prawie pustą butlę gazową… Plecak się przyjemnie odciążył. Wszystko schowałem w dzwonnicy z nadzieją, że nikt ich tam nie znajdzie 😛

Po wyjściu z kościoła zauważyłem, że pogoda wcale nie jest taka zła – nie pada aż tak bardzo jak by mogło, wiać też potrafi bardziej. Czyżbym miał mieć dziś szczęście? 
Na początek zajrzałem na pobliską farmę w poszukiwaniu wody. Przywitał mnie czarno-biały pies, który bardziej niż groźny był chyba zdezorientowany tym, że ktoś obcy się tu pojawił. Choć w zamku był klucz to w domu chyba nikogo nie było. Przez szybę w drzwiach widziałem, że zaraz za nimi jest umywalka i zapewne woda. Nacisnąłem więc klamkę, zawołałem ze dwa razy: “Anybody home?”, a gdy odpowiedziała mi jedynie cisza, sam nabrałem sobie po cichutku wody. Mam nadzieję, że właściciel nie będzie mi miał tego za złe.

REKLAMA

Pierwsza radość przyszła już po kilkunastu minutach marszu – oto stałem przed Oceanem Arktycznym! 😀 Niby nic wiele się nie różnił od każdego innego, ale dopiero teraz sobie uświadomiłem, że właśnie jestem najbardziej na północ w moim dotychczasowym życiu.

Pokonując kolejne kilometry drogą wzdłuż oceanu od jakiegoś czasu nie mogłem dojść do porozumienia z moim GPSem, znakami i mapą – nie chciały się połączyć w jakąś spójną całość. Znaki mówią jedno, GPS drugie, a mapa to już w ogóle co innego. Zgodnie z planem mam dziś dotrzeć do emergency hut niedaleko latarni. Czerwony trójkąt jest zaznaczony we wszystkich trzech miejscach. Problem tkwi w odległościach. Na mapie czytam, że powinienem zrobić jakieś 25km a GPS pokazuje 45… Chwilę później okazuje się, że są dwie chatki – bliżej i dalej latarni 😛 
Uzbrojony w tę wiedzę znów patrzę na mapę i szybko stwierdzam, że dalsza podróż drogą dokłada mi co najmniej kilka kilometrów – droga się zawija i w pewnym momencie będę się musiał nawet trochę wrócić. A co gdyby tak trochę ściąć i dotrzeć do pieszego szlaku zaznaczonego na południowej krawędzi półwyspu? Z mapy, którą dostałem w jednej informacji turystycznej, wynika że są tam nawet słupki mające prowadzić turystów. No to jak są słupki to idę.
Po ponad godzinie ścinania po mchu i moczarach docieram do miejsca, gdzie ma zacząć się szlak. Są i słupki, dokładne rzecz ujmując – 5 słupków. ekstra :/ Ścieżka też po chwili ginie i zostaje jak ten palec. Przede mną 10km przebijania się przez przybrzeżne wzgórza i mokradła małych strumyków – pysznie.

Taka wędrówka poza szlakiem – po trawie i mchu strasznie męczy, a ja mam po tym wszystkim jakby mniej siły. Mimo wszystko wcale nie żałuję decyzji, bo do okola robi się coraz piękniej. Przede mną zielone wzgórza i jeziorka, z których woda małymi wodospadami spada do Atlantyku z niesamowitych klifów. Nawet słońce pojawia się teraz jakby częściej. 
Jednocześnie śmieje się do siebie, że przecież taka wyprawa musi zakończyć się porządnym trekkingiem 😉
Najśmieszniejsze jest jednak to, że na samym końcu tego “szlaku” znów pojawiają się słupki.

Moja chatka różni się od tych, które widziałem dotychczas. To wielkie pomarańczowe pudełko zapałek z plastiku. Nie piszę tego w negatywnym kontekście, bo chatka jest po prostu bardzo nowoczesna – takie było moje pierwsze skojarzenie. 
W środku kilka węższych i szerszych prycz z pomarańczowymi materacami, stół, piecyk gazowy, trochę sprzętu i awaryjnych zapasów – bardzo przyzwoicie.
Gotuję wodę na obiad i trochę sprzątam. Zastanawiam się jak to się stało, że podłoga jest taka brudna. Zagadka rozwiązała się w nocy gdy drzwi zaczęły przeciekać 😛

źródło: Kuba Sarata/Adventure: Globe

Opublikowany w: