Koniec przygody? Kuba Sarata o wypadku i dalszych losach ekspedycji

1008

Wczoraj wieczorem informowaliśmy Was o niebezpiecznym wypadku Kuby Saraty który samotnie przemierza Islandię, realizując projekt Adventure: Globe. Kuba do godzin południowych przebywał w szpitalu w Reykjaviku. Oto wpis jaki Kuba zamieścił dziś na blogu Iceland Adventure.

Witajcie!
Wiem, że mam kilka dni opóźnienia w relacjach a jednocześnie przez kilka ostatnich dni docierają do Was informacje o dość niepokojącym brzmieniu. Przepraszam za to. Takie są warunki i tak się to wszystko potoczyło, że nie byłem w stanie informować Was o wszystkim na bieżąco. Teraz też nie będę w stanie wszystkiego dokładnie i do końca wyjaśnić i opisać ale chce żebyście wiedzieli co się stało i jak wygląda sytuacja.
Te trzy (a tak na prawdę cztery) dni, podczas których miałem pokonać teren od Kerlingarfjóll do Nyidalur miały być i były najtrudniejszymi w ciągu całej wyprawy. Rozlewisko rzeki Pjorsa, rozciągające się pod lodowcem Hofsjokull, to teren cudowny ale jednocześnie ekstremalnie niebezpieczny. Mało kto się tu zapuszcza. Prawie nikt samemu. W ciągu roku przechodzi tędy tylko kilka ekip i to o określonej porze roku. Wiedziałem o tym jeszcze długo zanim wyruszyłem w trasę. Mimo wszystko podjąłem ryzyko i włączyłem tą część Islandii do trasy swojego przejścia.
Wiecie już, że pierwszego dnia przejścia tego fragmentu, miałem małą przygodę – rzeka przepchnęła mnie kilka metrów z plecakiem, Zamoczyłem trochę ciuchów i buty. Nic poważnego się jednak nie stało a ja się chyba bardziej wkurzyłem niż przestraszyłem.
Wczoraj (11.08.12) było inaczej. Miałem przejść spod Arnarfell do tamy na zbiorniku Piorsarlon. To był decydujący dzień. Rano nagrałem sobie nawet notatkę, że jeśli mi się uda to to będzie jeden z moich największych osobistych sukcesów i na pewno największy wyprawowy. Największym “problemem” miała być rzeka Pjorsarkvislar. Wiedziałem, że jeśli się uda to później będzie już z górki.
Niestety Islandia nie zechciała obdarzyć mnie tym zaszczytem. Po kilku godzinach marszu i kilku przebytych rzekach stanąłem nad brzegiem Pjorsarkvislar i zobaczyłem bez mala 100m wody przed sobą. To była największa rzeka jaką miałem przejść. Pomijając zbędne w tym momencie szczegóły napiszę jedynie, że podczas próbnego przejścia, musiałem odejść od plecaka tak daleko, że straciłem go z oczu. Udało się jednak przejść na drugą stronę. W drodze powrotnej zacząłem budować kopczyki z kamieni, żeby zaznaczyć trasę. Byłem w wodzie już kilkadziesiąt minut. Udało mi się znaleźć dobrze przejście. Nigdzie nie było za głębokie ani zbyt wartkie. Nigdzie, poza ostatnim (albo gdyby patrzyć z perspektywy plecaka pierwszym) nurtem. Do pierwszego (tego z plecakiem) brzegu zostało może 10-15m i tylko ten jeden nurt. Owszem największy i najszybszy ale udało mi się go przejść w tamtą stronę. Najprawdopodobniej byłem już w wodzie zbyt długo i stopy nie sprawowały się już tak dobrze. Woda mnie porwała. Z kijkami w rękach starałem się (skutecznie) utrzymać na powierzchni i zatrzymać – jakoś odzyskać równowagę. Po chwili straciłem grunt pod nogami i w tym momencie pomyślałem, że już po mnie – że już z tej wody nie wyjdę. Po chwili (takie sytuacje nie zależnie ile by trwały chyba zawsze rozgrywają się w ciągu chwil) dno znów się pojawiło a ja byłem nieco bliżej brzegu. Woda postawiła mnie na kolanach i pchała w dół. Miałem już tylko jeden kijek – drugi porwał nurt. Zapierając się tym jednym kijem w końcu udało mi się stanąć w rozkroku i zatrzymać. Trzymałem się go najmocniej jak tylko potrafiłem. Do brzegu zostało kilkanaście kroków, które udało mi się zrobić – wyszedłem z wody i nogi się pode mną ugięły. Patrząc na plecak, woda niosła mnie przez jakieś 400-500m.
Rozbiłem (nadal nie wiem jak) namiot i ubrałem wszystkie suche rzeczy jakie tylko miałem. W tym momencie zdałem sobie sprawę, że jestem uwięziony – nie mogę iść na przód i nie mogę wracać. Telefon umarł więc jedynym środkiem komunikacji był komputer ze słabnącą szybko baterią. Udało mi się skontaktować z Islandczykami poznanymi kilka dni wcześniej w chatce Setrid. Hildi wezwała pomoc i o 23:55 niedaleko namiotu wylądował śmigłowiec z 5 najwspanialszymi facetami na Ziemi – taki miałem, mam i będę miał stosunek do tych gości.
Po jakiejś godzinie lotu byliśmy w Reykjaviku. Noc spędziłem w szpitalu. Mam zdarte kolana i przemrożone stopy – nadal (mimo, że minęło już prawie 20h) nie czuje palców. Lekarze mówią, że czucie z czasem wróci – naczynia krwionośne muszą się odbudować.
Przykro mi ale niestety nie jestem w stanie teraz kontynuować przejścia. Nie zapadła jeszcze decyzja co będzie dalej i jak będzie wyglądać te pozostałe kilkanaście dni tutaj. Potrzebuję trochę czasu żeby odzyskać czucie w palcach (w tym momencie nie mogę chodzić w trekach) i trochę się ogarnąć psychicznie.
Każde wyzwanie niesie z sobą prawdopodobieństwo porażki. Cieszę się, że byłem w stanie dotrzeć tam gdzie dotarłem. Zobaczymy co będzie dalej.

źródło: icelandadventure.tumblr.com

Opublikowany w: